Podcast Oswajam Online – odcinek 61
Dziś odcinek z serii brutalna szczerość i nauka na błędach, Opowiem Ci czego żałuję z pierwszych lat prowadzenia Oswajam Online i jak bym podeszła do tego teraz. W sieci pełno jest lukrowanych obrazków i historii sukcesu, ale i Ty i ja wiemy, że to nigdy nie jest cały obrazek.
Podcast znajdziesz też w popularnych aplikacjach – m. in. Apple Podcast, Spotify i YouTube
I na starcie mały plot twist – niczego nie żałuję. Wiem, że może Ci to zabrzmieć jak pusty frazes albo jak coś, co ludzie mówią, żeby dobrze wypaść. Ale naprawdę tak uważam. Każda z tych sytuacji, o których za chwilę opowiem, nauczyła mnie czegoś, czego inaczej bym nie zrozumiała. Bo jest ogromna różnica między wiedzieć, a poczuć na własnej skórze.
I to jest właściwie główna myśl tego odcinka. Ja startowałam z Oswajam Online, mając kilkanaście lat doświadczenia w sprzedaży i marketingu online. Pracowałam z dużymi markami, prowadziłam kampanie za poważne budżety, wiedziałam, jak działa reklama, sprzedaż, komunikacja. To był mega zasób.
I wiesz co? I tak popełniłam błędy. Bo prawda jest taka, że na swoje projekty nie da się patrzeć w 100% obiektywnie tak jak na projekty klientów. Nie da się całkiem wyrugować tego związku emocjonalnego, nawet jeśli ktoś ma dobrze rozwinięte skille strategiczne.No i nie bez powodu mawia się, że szewc bez butów chodzi.
Pierwsza rzecz, którą teraz robię inaczej, to natłok projektów. W gallupie mam wysoko aktywatora, zaczynanie rzeczy i rozpisywanie nowych projektów to jest moja rzecz, mam do tego naturalny drive. To przełożyło się na to, że robiłam kampanię za kampanią. Nie dlatego, że musiałam, ale dlatego, że to lubię i umiem. To coś co przychodzi mi dość łatwo i dodatkowo daje mega kopa dopaminy. Wiesz deadliny, terminy, presja czasu. No i szybka gratyfikacja. A ponieważ nie pracuję po łebkach i wysoko stawiam sobie poprzeczkę (tu z kolei kłania się maksymalista) to każdy taki projekt z kampanią, wymaga dopieszczenia mnóstwa elementów.
Na szczęście od dawna mam też stały, powtarzalny przychód, niezależny od kampanii, więc to nie było być albo nie być. Być może to mnie ratowało i dawało ciągle tą frajdę z robienia kampanii, ale bez presji, że jak się nie uda to klapa. Ale gdybym zamiast wskakiwać w kolejną kampanię poświęciła ten czas na wzmocnienie tych powtarzalnych źródeł, to finansowo na pewno wyszłabym na tym lepiej.
Tak naprawdę otrzeźwienie przyszło, gdy podjęłam decyzję, że chcę popracować nad swoją komunikacją i pozycjonowaniem, bo trochę już wyrosłam z dotychczasowej. Spojrzałam na swój kalendarz komunikacji i zobaczyłam, że ja nie mam na to miejsca przez kilka kolejnych tygodni, a przez cały rok praktycznie non-stop byłam albo w trybie prekampanii, albo w kampanii. Ewentualnie na wakacjach.
I ta komunikacja zamieniła się w jeden wielki ciąg: problem – rozwiązanie – kup. Problem – rozwiązanie – kup. A ja nie miałam kiedy po prostu być sobą, dzielić się czymś bez drugiego dna, opowiedzieć o tym jak myślę, jak podejmuje decyzje, bez mocnego kontekstu sprzedażowego. I serio mnie to uderzyło, bo miałam pomysły na te treści, ale nie miałam kiedy ich publikować. Jedynie w podcaście było na to więcej przestrzeni, bo to treść długo żyjąca i mniej przyklejona do danej akcji promocyjnej czy produktu.
I tu płynnie przechodzę do drugiej rzeczy, której konsekwencje odczułam chyba najmocniej.
Strefa Twórców Online to mój flagowy produkt, moja subskrypcja, coś co kocham i w co wkładam dużo serca. Przez pierwsze półtora roku sprzedawałam ją w modelu okienkowym – dwa nabory w roku, poza nimi nie można było dołączyć. I to działało pięknie. W trakcie premierze dołączyło ponad 100 osób, z resztą część z nich jest w Strefie do dziś – pozdrawiam Was weterani. W kolejnych kampaniach też dołączało po 80-90 osób na nabór.
A potem postanowiłam zmienić model. Otworzyłam Strefę na stałe, z zamiarem ciągłego promowania. Myślałam, że to mi da więcej czasu na sprzedaż innych produktów, bo nie będę musiała robić tych dużych kampanii naborowych. W teorii brzmiało świetnie.
W praktyce? Przez prawie półtora roku otwartego dostępu w sumie nie promowałam Strefy tak, jak powinnam. Były jakieś drobne akcje, ale nie było tej energii i pilności, którą dawał zamknięty nabór. Bo kampanie bez trigera, bez tego „teraz albo za pół roku”, po prostu działały słabiej. I gdy w ostatniej kampanii, na świetnych warunkach, dołączyła raptem ⅓ tego co wcześniej przyszedł moment otrzeźwienia.
A do tego lejek automatyczny, który miał przejąć pozyskiwanie nowych klientów nigdy nie został dopracowany. Bo nie miałam na to czasu. Bo ten czas pochłaniały kampanie innych produktów. Bo to było nowe i dawało dopaminowy haj. A ja sobie powtarzałam, że już zaraz, już po tej kampanii, wdrożę ten lejek, który przecież od miesięcy leżał rozpisany i czekał na swoją kolej przekładany w tygodnia na tydzień.
Ale to była dla mnie mega cenna lekcja, z której wyciągnęłam wnioski. Teraz praca nad Strefą ma zabukowane specjalne miejsce w kalendarzu, bo poza zmianą sposobu sprzedaży sporo zmian pojawi się też w środku. I w pierwszym odruchu miałam zamiar wprowadzać je już zaraz na początku lutego, gdy tylko zamknę nabór do Systemu stabilnej sprzedaży, ale nauczona wspomnianymi wcześniej błędami, dałam sobie duży bufor czasowy, żeby najpierw wszystko przygotować, dodać materiały, dopracować odświeżone pozycjonowanie produktu, a dopiero później wytoczyć ciężkie działa i ruszyć z kampanią. Zaplanowałam ją na połowę maja, także mogę uznać, że nauka na własnych błędach nie poszła w las.
To o czym mówiłam przechodzi płynnie w kolejną kwestię, którą postrzegam w kategorii błędu strategicznego Ja to nazywam „side questy”, wiesz takie poboczne misje, za które w grach można jakieś dodatkowe punkty albo bonusy zgarnąć. One wydają się sensowne w momencie kiedy je podejmujesz, ale z perspektywy czasu widzisz, że odciągnęły Cię od tego, co naprawdę ważne.
Na przykład: zamiast skupić się na promowaniu Strefy, zaktualizowałam kurs o automatyzacji sprzedaży. Co samo w sobie jest ok, bo kurs wymagał odświeżenia, jeśli nadal miał pozostać w sprzedaży, ale przy okazji na spontanie dołożyłam do niego drugi kurs – o reklamach. Najpierw miało być to tylko małe szkolenie. Finalnie rozrosło się do 5 modułów po kilka lekcji w każdym + instrukcje techniczne. Kolejny produkt, kolejna rzecz do promowania, kolejny kawałek mojego czasu i uwagi.
Albo moja promocja urodzinowa – „Party u Marty” – taki fajny pomysł na zniżki urodzinowe. Tylko że zrobiłam ją na wszystko. Na każdy produkt. Co oznaczało, że w ciągu 5 dni musiałam o każdym z nich opowiedzieć, każdy jakoś wyeksponować. I zamiast jednej prostej akcji, która mogła wzmocnić jeden produkt, miałam wielowątkową kampanię, która rozmywała przekaz. I tak, były zamówienia, ale jestem przekonana, że mogłabym zrobić dwa razy lepszy wynik finansowy wkładając w to taką samą ilość pracy, gdybym skupiła się na jednym produkcie.
Nowe lead magnety to kolejne side questy. Kolejny freebie, kolejny lejek, kolejna rzecz do utrzymania. Nagrałam nawet 5 szkoleń w ramach wyzwania zapraszającego do Strefy i one nigdy nie trafiły w eter. Paranoja.
I wiesz, każda z tych rzeczy osobno miała sens. Ale razem tworzyły coś, co skutecznie rozkładało moją uwagę na zbyt wiele frontów. A ja mam 25 godzin tygodniowo. Nie 40, nie 60. Dwadzieścia pięć. I przy takim budżecie czasu każdy side quest kosztuje nieproporcjonalnie dużo, nawet przy wsparciu zespołu.
I skoro już jesteśmy przy tym, co zaniedbałam, to jest jeszcze jeden wątek, który siedzi mi w głowie. Moja oferta indywidualna.
Ja bardzo lubię pracować z ludźmi blisko. Jeden na jeden, w mentoringu, gdzie mogę się wgryźć w czyjś biznes, pogrzebać, poukładać. I wiesz co jest śmieszne? Klienci na konsultacje zawsze się pojawiali. Przez lata. Nie musiałam tego jakoś intensywnie promować, bo przychodzili sami – z polecenia, z newslettera, z podcastu. Raczej cierpiałam tu na klęskę urodzaju, niż niedobór i może właśnie dlatego przez długi czas nie aktualizowałam tej oferty i w pewnym momencie po prostu przestałam o niej mówić.
Nie było tego w komunikacji. Nie wspominałam o tym na Instagramie, nie pisałam o tym w newsletterze. Nawet moi stali odbiorcy, osoby które mnie znały i obserwowały od dawna, nie wiedziały, że mogą ze mną pracować bliżej. Zamiast tego wskakiwałam w kolejną kampanię kolejnego produktu.
A tymczasem gdzieś mi tego brakowało. Trochę miałam tego rodzaju satysfakcji po pracy w Systemie stabilnej sprzedaży, bo tam jest bliska współpraca z uczestnikami, feedback, spotkania. Ale pomiędzy edycjami programu czegoś mi brakowało. I teraz widzę, że mogłam, zamiast pakować się w kolejny side quest, po prostu powiedzieć: hej, jeśli potrzebujesz czegoś więcej, podziałajmy razem bliżej.
Dlatego w tym roku pojawiła się odświeżona oferta mentoringu indywidualnego. Jest mocno limitowana, bo jednocześnie prowadzę maksymalnie 3-4 osoby w takich procesach. Tu chodzi o to, żeby móc każdemu poświęcić realny czas i uwagę, a nie zbierać jak najwięcej osób. Ale różnica jest taka, że intencjonalnie mówię o tej możliwości. I to przynosi efekty, bo zostało mi jedno wolne miejsce na marzec i dwa na kwiecień.
I to jest chyba najlepszy dowód na to, że czasem nie chodzi o brak wiedzy, tylko o brak uważności na własny biznes – o to, że trudno patrzeć na niego z dystansu, okiem innego człowieka. Bo ja wiedziałam, że ta oferta działa. Po prostu nie dałam jej przestrzeni.
Pozostając w wątku mentoringowym, w ubiegłym roku odrobiłam jeszcze jedną ogromną lekcję. Weszłam w roczną współpracę mentoringową, w której to ja byłam mentee. Z osobą, którą znałam wcześniej i którą cenię merytorycznie – to chcę podkreślić, bo dalej uważam, że to dobra ekspertka w swoim obszarze.
Ale okazało się, że komunikacyjnie totalnie się nie rozumiemy i rozjeżdżamy się na poziomie wartości. Bez wdawania się w szczegóły, to po prostu nie było to czego potrzebowałam i czego się spodziewałam. Doszło do tego, że bolał mnie brzuch na myśl o kolejnym spotkaniu. Rozumiesz? Spotkaniu za które zapłaciłam przecież masę kasy.
Już po dwóch miesiącach wiedziałam, że to nie działa, że się męczę, że to nie jest współpraca, która mnie rozwija. Ale wpłaciłam z góry niemałą kwotę i gdy przebąknęłam coś, że może jednak się rozejdźmy usłyszałam, że nie odzyskam pieniędzy. Więc zostałam, zaciskając zęby, próbując jakoś to poukładać.
Obie strony próbowały. Ale ostatecznie po pięciu miesiącach mentorka sama zaproponowała zwrot połowy kwoty. I pamiętam to uczucie ulgi, kiedy się zgodziłam. Fizyczną ulgę.
Ta historia nauczyła mnie kilku rzeczy. Po pierwsze – dopasowanie komunikacyjne i na poziomie takim czysto ludzkim jest nie mniej ważne niż merytoryka. Możesz mieć najlepszego eksperta na świecie, ale jeśli nie czujesz się bezpiecznie i dobrze w tej relacji, nie wyciągniesz z niej nawet połowy wartości. Teraz wiem, że nie zdecyduję się na tak długą współpracę, bez jakiegoś okresu próbnego wcześniej.
Po drugie – koszt utopionych pieniędzy jest niczym w porównaniu z kosztem utopionych pięciu miesięcy energii, stresu i bólu brzucha. Powinnam była odejść po dwóch miesiącach, nawet tracąc kasę. Straciłabym pieniądze, ale odzyskałabym czas i spokój.
I po trzecie to doświadczenie zupełnie zmieniło to, jak ja prowadzę swoje mentoringi. Jak komunikuję się z uczestnikami, jak pytam o ich potrzeby, jak daję przestrzeń na to, żeby powiedzieli mi szczerze jeśli coś im nie odpowiada. Bo wiem, jak to jest być po drugiej stronie.
Potem weszłam w inną współpracę mentoringową, z której jestem na maksa zadowolona i którą niedługo będę kontynuować. Bo problem nie leżał w samej idei mentoringu, tylko w dopasowaniu.
I na koniec coś, co w sumie wydaje się drobne, ale dobrze ilustruje pewien wzorzec.
Przez pierwsze dwa lata mój podcast nie był dostępny na YouTube. Nagrywałam, publikowałam na platformach podcastowych, ale nie na YouTube? Długo sobie wmawiałam, że to dlatego, że nie chcę nagrywać wideo, bo za dużo zachodu, a przecież nie ma sensu publikować audio. Bo gdzieś z tyłu głowy siedziała taka myśl: „a co jak ktoś napisze, że gadam głupoty?” Na platformach podcastowych jakoś łatwiej – słuchasz albo nie słuchasz, mało osób ma nawyk komentowania pod odcinkiem. YouTube to inna bajka. Komentarze, oceny, wyszukiwarka.
I wiesz, kiedy do mnie dotarło, że to wcale nie w tym rzecz? Na warsztatach, które sama prowadziłam. W ramach jednego z moich programów mentoringowych uczestnicy mieli warsztaty mindsetowe. Rozmawialiśmy o negatywnych przekonaniach, blokadach, o tym co leży u ich podstaw.
Ja ich prowadzę przez te ćwiczenia, pytam o ich obawy przed oceną, pomagam im rozbierać te lęki na czynniki pierwsze. I nagle mnie uderzyło – ze mną jest dokładnie tak samo, tylko z podcastem na YouTube. Z pełną mocą dotarło do mnie jak bardzo to jest nieracjonalne.
I jeszcze w trakcie tych warsztatów zobowiązałam się publicznie, przy uczestnikach, że podcast idzie na YouTube. I poszedł. Wszystkie odcinki. I wiesz co? Oczywiście, nic strasznego się nie stało. Jedyny efekt no nowi subskrybenci kanału. A nawet gdyby pojawiły się hejterskie komentarze to co? Mamy rok 2026, ktoś nie zgadzający się z Tobą w internecie to norma, nie katastrofa. A ja mam 40 lat, 15 lat doświadczenia w branży i wiem, że nie wypadłam sroce spod ogona.
A teraz do podsumowania – co łączy te wątki, których nie żałuję, choć były trudnymi lekcjami. To było podświadome sabotowanie tego, co najważniejsze. Zapychanie uwagi nieistotnymi rzeczami. Jakaś część mnie wybierała to, co znane, ciekawsze lub bezpieczniejsze, zamiast to, co naprawdę miało sens. A po drugie wiedzieć, nie znaczy robić. I zwykle łatwiej jest prowadzić innych niż siebie.
Więc jeśli rozpoznajesz się w czymś z tego co opowiedziałam – nie biczuj się. Wyciągnij wnioski i zrób jeden ruch we właściwym kierunku. Albo poszukaj osoby, która pomoże Ci spojrzeć na Twoje działania pod innym kątem.
