Podcast Oswajam Online – odcinek 69
Gównowacenie. To słowo okrzyknięto słowem roku 2023 i mam wrażenie, że idealnie opisuje to, co dzieje się ostatnio w onlajnie – wszystko robi się odrobinę gorsze, a my powoli do tego przywykamy. Też to zauważasz? A przecież od owinięcia w złoty papierek gówno nie zmieni się w belgijską czekoladę.
Podcast znajdziesz też w popularnych aplikacjach – m. in. Apple Podcast, Spotify i YouTube
Ostatnio trafiłam na post na LinkedInie mojej koleżanki Krysi Bajor, która jest tęgą strategiczną głową z branży modowej. Napisała w nim, że jakiś czas temu była na koncercie, na którym dźwięk był tak zły, że przez pierwsze utwory nie poznała, co właściwie jest grane. Ale nie to ją najbardziej uderzyło.
Najbardziej uderzyło ją to, że młodzi ludzie wokół byli zachwyceni. Śpiewali każdy tekst z pamięci i kompletnie nie przeszkadzało im, że ze sceny brzmi to gorzej niż muzyka puszczona z telefonu. Jakość dźwięku po prostu nie była częścią umowy.
Krysia w tym wpisie postawiła tezę, która nie daje mi spokoju od kilku tygodni: tak teraz wygląda prawie wszystko. Aplikacja, która kiedyś była genialna, dziś jest reklamą z doczepioną funkcją społecznościową. Ubranie, które rozpada się po trzecim praniu. Sprzęty AGD, które po kilku latach odmawiają posłuszeństwa i nie nadają się do naprawy. Płacisz tyle samo albo więcej, a dostajesz coraz mniej i coraz gorszej jakości. A najgorsze jest to, że my jakoś do tego przywykliśmy po drodze.
W tym odcinku chciałabym wziąć pod lupę zjawisko gównowacenia w branży edukacji online. Zacznę od wyznania. Ostatnio totalnie zbrzydł mi Instagram z perspektywy użytkownika. Kiedyś scrollowałam go nie tylko zawodowo, ale też dla przyjemności i z ciekawości. Ale to się zmieniło jakiś czas temu i jeśli już mam ochotę coś poskrollować, to wybieram TikToka. Na Instagramie jestem obecna jako autorka, więc chcąc nie chcąc widzę, co się dzieje w aplikacji.
Powiem szczerze, że po prostu flaki mi się przewracają, kiedy dziesiąty raz w tym samym tygodniu trafiam na niemal identyczną rolkę, ten sam hook, słowo w słowo.
Najpierw widzę to trzy razy u różnych twórców po angielsku, a potem cztery razy po polsku. Zupełnie różni twórcy. Żaden z nich nie podaje źródła ani autora. Zero własnej myśli. Kopiowanie 1 do 1. Ktoś nagrał coś, co zadziałało, więc sto innych nagrywa dokładnie to samo.
Te same ujęcia, ten sam montaż, ten sam styl napisów; czasami nawet koszula jest niemal identyczna, serio.
I ktoś może powiedzieć: „Oj, oj, Ty nie kumasz, bo to są trendy.” A ja nie mam tutaj na myśli rolkowych czy tiktokowych trendów, tylko po prostu bezwstydną zrzynkę. Tego nie można nawet nazwać adaptacją czy inspiracją, bo tam jest zero wkładu własnego. Nie chodzi o to, że ktoś zobaczył fajną rolkę z innej branży, ta główna myśl albo hook mu zarezonowały i przepuścił tę treść przez siebie, zmieniając ją i wypuszczając inną wersję dla swojej branży.
Nie, to po prostu jest dokładnie to samo. No ludzie, przecież nawet jak ktoś na polskim chciał ściągać, to oczywiste było, że trzeba ten tekst trochę zmienić. Czym innym jest wykorzystywanie sprawdzonej struktury storytellingowej, a czym innym opowiadanie cudzej historii słowo w słowo i udawanie, że jest Twoja, bez podania autora. Kolejny przejaw tego gównowacenia na Instagramie to są karuzele tworzone przez sztuczną inteligencję. Z jednej strony ja to dobrze rozumiem.
To jest format, który wymaga sporo pracy, zwłaszcza jeżeli zależy Ci na tym, żeby te slajdy były dopieszczone, czymś się wyróżniały. Stworzenie jednej karuzeli może wymagać kilku godzin, więc kilkukrotne przyspieszenie sobie tego procesu bywa pociągające.
Ale teraz jesteśmy w momencie, kiedy co druga karuzela jest stworzona przez AI, zarówno w warstwie tekstowej, jak i graficznej. Może masz dzięki temu większą widoczność, większą regularność, ale Twoje treści są też łatwiejsze do scrollowania, bo właściwie niczym nie wyróżniają się spośród innych.
Przewijasz dwadzieścia takich dziennie i po godzinie nie pamiętasz ani jednej.
I to nie jest tak, że narzędzia są złe. Sama korzystam z AI codziennie, jeszcze do tego wrócę. Problem w tym, że forma całkowicie zjadła treść. Liczy się to, co łyknie algorytm, a nie to, co realnie pomoże osobie po drugiej stronie ekranu czy wywoła w niej jakiekolwiek emocje inne niż „meh, AI”.
A w dodatku platformy w tym aktywnie pomagają. Instagram się zwyczajnie zepsuł. Algorytm nagradza kopie, papkę i recykling cudzych pomysłów, bo to generuje szybkie zaangażowanie. A twórcy, którzy mają coś wartościowego do powiedzenia, giną gdzieś na dnie feedu. Eksperci z prawdziwą wiedzą i prawdziwym doświadczeniem patrzą na zasięgi tych kopiowanych rolek i myślą: „może ja też tak powinnam? Może jestem głupia, że siedzę nad swoim contentem po kilka godzin?”
I o ile te osoby, które dobrze znają swoją wartość i są pewne tego, co oferują, nie dadzą się temu porwać tak łatwo albo szybko wrócą na ziemię po początkowym zachwycie, o tyle ci mniej pewni albo początkujący już tak. Ludzie naoglądają się tej papki i w pewnym momencie zaczyna im się wydawać, że to, co widzą na ekranie, to jest właśnie to, co trzeba robić.
A na tę grupę czyha jeszcze jedna pułapka, o której mało kto mówi, a którą ja bardzo często obserwuję w rozmowach z klientami. Obserwują duże konta i chcą być tak jak oni. Oczekują po trzech miesiącach takich efektów, jak ktoś ma po pięciu latach. Kopiują ich formaty, ich strategie, ich tempo publikacji.
Tylko że na zewnątrz widać wyłącznie wystawę. Nie widzimy zaplecza, nie widzimy tego, co pod spodem. Wydaje Ci się, że wystarczy skopiować struktury treści, może wyrobić sobie jakąś podobną identyfikację wizualną, wyrażać się w określony sposób, a za chwilę Twoim udziałem będzie podobny sukces. Ale to się nie wydarzy, bo nie wiesz tego, że te struktury powstały w oparciu o badania potrzeb odbiorców. Że ten twórca zebrał kilkaset odpowiedzi w ankietach od swoich obserwujących, zanim przygotował treści. Nie wiesz tego, że ma w zespole dwie wirtualne asystentki i grafika, którzy pomagają mu w wielu zadaniach wykonawczych. Nie wiesz, że w mentoring i własny rozwój włożył kilkadziesiąt, a czasami kilkaset tysięcy złotych. Nie wiesz tego, że jego budżet reklamowy miesięczny wynosi tyle, co Twoje przychody z całego kwartału. A skoro nie znasz jego zasobów i nie dysponujesz tymi samymi zasobami, no to głupotą jest próbowanie wdrażania tej samej strategii u siebie. Tym bardziej, że strategii nie znasz, widzisz tylko jej efekty.
Inna sprawa jest taka, że te zaplecza, nawet u popularnych graczy, też wyglądają różnie. Mam klientów z naprawdę dużymi zasięgami. Konta obserwowane przez kilkaset tysięcy osób. I powiem Ci coś, co może Cię zaskoczyć: zaplecze niejednego z nich wygląda, jakby tę firmę prowadził trzylatek, który nigdy nie sprząta. Brak procedur, papierologia ogarniana ręcznie i na ostatnią chwilę, sprzedaż uzależniona od tego, czy akurat była siła wrzucić relację. Z zewnątrz fajerwerki, od środka gaszenie pożarów. I frustracja z powodu słabych wyników sprzedażowych, bo to, że ktoś potrafi wykręcać wiralowe rolki, nie oznacza, że jest równie dobry w sprzedaży swoich ofert i prowadzeniu klientów. Wciąż za bardzo utożsamiamy influencerów i prowadzenie popularnego konta w mediach społecznościowych z prowadzeniem dochodowego biznesu online, a przecież zasięgi to nie wszystko. A już na pewno nie są dowodem na to, że ktoś prowadzi dobry biznes, który warto kopiować.
Najłatwiej byłoby teraz powiedzieć: rynek się zepsuł, algorytmy są złe, AI niszczy branżę. Rola ofiary jest wygodna.
Ale Krysia w swoim poście napisała coś, co uważam za sedno całej sprawy: gównowacenie nie jest siłą natury. To suma małych decyzji, w których ktoś uznał, że „wystarczy”.
Nikt nie budzi się rano z postanowieniem: „od dziś robię badziewie”. To dzieje się inaczej. Obniżasz jakość o tyle, żeby odbiorca jeszcze nie odszedł. Potem znowu trochę. I znowu. Aż byle jakie staje się normą. Ty się przyzwyczajasz i odbiorca się przyzwyczaja.
Nie ma jednej wielkiej decyzji, która psuje firmę. Jest sto malutkich. „Wrzucę dziś wygenerowaną karuzelę, bo nie mam czasu, tylko ten raz.” „Wezmę ten hook z tamtego konta, przecież wszyscy tak robią.” „Odpiszę klientce w niedzielę, co mi szkodzi.” „Dorzucę tę grafikę gratis, choć umawiałyśmy się inaczej.”
Niby drobiazg. Tyle że to nigdy nie jest jeden raz. Tu się ciutek ugniesz, tam się ciutek ugniesz, i nagle budzisz się po pół roku w biznesie, który wygląda zupełnie inaczej, niż miał wyglądać. I nie potrafisz nawet wskazać momentu, w którym to się stało. Bo nie było jednego kluczowego momentu. Były dziesiątki malutkich.
Jeśli czytasz mój newsletter, to wiesz, że pisałam o tym niedawno, ale powtórzę, bo ta myśl zasługuje na powtarzanie: jeśli czegoś nie zmieniasz, to znaczy, że to wybierasz. Brak decyzji to też decyzja. Każdy tydzień, w którym zostawiasz wszystko po staremu, to cichy głos mówiący „godzę się na to”.
Więc zanim pójdziemy dalej, zatrzymaj się na chwilę i zadaj sobie pytanie: gdzie w Twoim biznesie po cichu szłaś na małe ustępstwa, naginając swoje granice? W treściach, które publikujesz? W wartościach, których pilnujesz coraz słabiej? W jakości produktu, którego nie aktualizowałaś od premiery?
Nie chcę Cię dołować, chcę Cię skłonić do refleksji. Bo właśnie z tej refleksji wyłania się dobra wiadomość.
I tutaj znowu odniosę się do posta, o którym wspominałam, który kończy się takim zdaniem: w świecie, który akceptuje byle co, jakość przestała być standardem. Stała się przewagą konkurencyjną.
Podkreślę to jeszcze raz, bo to zdanie jest warte więcej niż niejeden kurs za kilka kafli. Jakość przestała być standardem i stała się przewagą.
Pomyśl, co to znaczy w praktyce. Im więcej szumu na rynku, tym cenniejszy jest wyróżniający się sygnał. Im więcej identycznych karuzel, tym mocniej wybija się treść, w której czuć żywego człowieka z własnym zdaniem, nawet jeśli wielu osobom jest zupełnie z tym nie po drodze.
Im więcej wygenerowanej papki, tym bardziej ludzie tęsknią za kimś, komu mogą zaufać. Im więcej bezpiecznych, waniliowych treści, tym bardziej tęsknimy za wyrazistością i ludzkim charakterem, którego nie ma AI, bo jest tylko maszyną. Nawet jeśli to maszyna o szalonych możliwościach.
Zaufania nie da się wygenerować promptem. Nie da się go też ukraść z cudzej rolki.
Dlatego polecam Ci szukanie własnych formatów, które dają Ci przestrzeń na bycie sobą i pokazanie swojego podejścia bez skracania go do siedmiu słów na główkę albo dwóch tysięcy znaków posta. Dla mnie jest to podcast, którego słuchasz, czyli takie medium, które jest zupełnym przeciwieństwem tej algorytmicznej sieczki. Podcast nie trwa czterech sekund, tylko dwadzieścia, trzydzieści minut.
Albo jest godzinną rozmową z gościem. Jeśli nie masz nic do powiedzenia, nie da się tego przykryć dynamicznym montażem.
Jak uniknąć gównowacenia w swoich treściach i działaniach? Zadaj sobie zawsze pytanie: po co to komu? W pierwszym rzucie odpowiedz sobie na nie: do czego ma to prowadzić w Twoim biznesie? Czy ta treść ma jakiś cel poza „muszę wrzucić posta, bo tak dawno już nic nie publikowałam”?
A po drugie, spójrz na to z perspektywy odbiorcy. Czy to jest faktycznie coś, co w jakikolwiek sposób mu pomoże? Być może go zainspiruje, pobudzi do myślenia, do działania, wywoła w nim jakieś emocje.
Nie „czy to się przebije”, nie „czy algorytm to polubi”, tylko po co to komu. Jeśli nie umiesz odpowiedzieć w jednym zdaniu, nie publikuj. Serio, ten jeden filtr wytnie Ci z kalendarza połowę treści, których i tak nikt by nie zapamiętał, i zwolni miejsce na te, które zostają w głowie na dłużej. Naprawdę uważam, że zdecydowanie lepiej jest tworzyć mniej treści o wyższej jakości, a zamiast próbować przechytrzyć algorytm, zainwestować kilkadziesiąt złotych w reklamę, tak żeby podbić zasięgi i sprawić, żeby ta konkretna treść dotarła do wybranych przez Ciebie odbiorców.
Przecież prowadzisz biznes, nie jesteś influencerem. Instagram jest Twoim narzędziem biznesowym, a to zupełnie normalne, że w narzędzia biznesowe inwestujemy, bo to nam się później zwraca.
I tu dochodzimy do sedna, bo skoro już wiesz, że jakość jest Twoją przewagą, to zostaje pytanie, jak tę jakość w sobie obronić, kiedy cały rynek ciągnie Cię w stronę „szybciej, więcej, byle jak”.
Pokażę Ci na własnym przykładzie, w co gram, a w co świadomie nie gram. Nie dlatego, że moje wybory są jedynie słuszne, tylko żebyś zobaczyła, że za każdym z nich stoi konkretna decyzja, a często też świadoma rezygnacja z potencjalnych korzyści.
Ja doskonale wiem, że gdybym przyjmowała więcej klientów, robiła więcej spotkań i pracowała więcej niż te swoje 25 godzin tygodniowo, to zarabiałabym więcej. Gdybym zamiast limitu 8 klientów mentoringowych przyjmowała dwa razy tyle albo gdyby moje programy grupowe były przeznaczone dla 30 osób, a nie 5 czy 12, na moje konto trafiałoby znacznie więcej kasy.
To nie jest tak, że nie umiem tego zrobić. Umiem. Po prostu świadomie z tego rezygnuję, bo wybieram wolność i święty spokój. Wolę zarabiać wystarczająco dobrze i przewidywalnie, mając czas dla siebie i dla rodziny, niż zarabiać więcej i budzić się w niedzielę z tym ściskiem w żołądku na myśl o poniedziałku. No, ale nie da się ukryć, że mogłabym zarabiać więcej, gdybym pracowała więcej. Ale z tego rezygnuję.
Tak samo jak z szerokiej dostępności. Może Cię to zdziwi, ale to klienci muszą dopasować się do mojego kalendarza, a nie odwrotnie. Spotkania robię tylko we wtorki i środy, a jeśli komuś to nie pasuje, no to trudno.
Z tego samego powodu nie robię webinarów o 20:00, choć regularnie spotykam się z głosami typu: „Kto o 12:00 ma na to czas? Wieczorami jest najlepsza frekwencja.” No cóż, moje wieczory są dla rodziny i dla mnie, i to nie podlega negocjacjom. A poza tym mój mózg od godziny 16 już nie pracuje tak dobrze jak wcześniej.
Czy straciłam przez to jakichś klientów? Pewnie tak, ale za to mam biznes, którego nie mam ochoty co niedzielę rzucać w cholerę i uciekać w Bieszczady.
Wiem też, że gdybym swoje treści tworzyła w 99% przez AI, publikowałabym 3 razy częściej albo i 5 razy. Może i sumaryczne zasięgi byłyby większe. Ale ja nie chcę być częścią tego szumu. Nie chcę płynąć w tym szambie. Jeśli przez to mam mniejsze zasięgi, to trudno. Wolę iść głęboko niż szeroko, bo głos mojej marki i jej wartości to nie jest zadanie do odhaczenia.
I tutaj jeszcze jedną rzecz chciałabym uściślić.
To nie jest tak, że ja nie korzystam z AI. Korzystam codziennie i bardzo doceniam – uważam, że to jest ogromne ułatwienie. Streszczenia, dokumenty, analiza danych, cała papierologia, połowa nudnej roboty administracyjnej – tu sztuczna inteligencja wyręcza mnie na potęgę i bardzo dobrze, bo to jest dokładnie ta robota, którą można i należy zautomatyzować. Ale moje teksty, moje odcinki, moje przemyślenia piszę i nagrywam ja. Automatyzuję zaplecze i procesy, nie duszę.
Po to jestem na swoim, żeby mieć pełną decyzyjność i poczucie sprawczości. I nie godzę się na to, żeby publikować rzeczy, z którymi się nie utożsamiam, tylko dlatego, że być może poprawiłyby sprzedaż. Z tego też powodu nie obiecuję klientom gruszek na wierzbie, przekonując wszystkich, że jak tylko do mnie dołączą, to zarobią 50 tysięcy albo sprzedadzą 200 sztuk kursu. Ja wiem, że to przyciąga, i ja wiem, że takie hasła zalewają nas z reklam, ale wiem też, że to jest nieprawda.
To, że wyniki są możliwe do zrealizowania, to jest jedno, ale to, czy ktoś je dowiezie, to jest zupełnie inna sprawa i zależy od bardzo wielu czynników. Bo ja mogę wskazać drogę i na niej towarzyszyć, ale klient musi przebyć ją osobiście.
Na zamknięcie tego odcinka mam dla Ciebie jeszcze jedno remedium na całe to gównowacenie. A jest to świadome wybieranie tego, co konsumujesz, bo jeśli całymi dniami przez Twój mózg przewijają się kiepskie treści, to w pewnym momencie one stają się jedynymi bodźcami, które do Ciebie docierają.
Wystarczy sprawdzić, jak często bezwiednie odblokowujesz telefon. Albo ile godzin schodzi Ci na scrollowaniu, którego nawet nie planowałaś. Otwierasz telefon, bo chciałaś tylko zerknąć w kalendarz, a budzisz się piętnaście minut później na Instagramie i nie masz pojęcia, jak się tam znalazłaś.
Jeśli chcesz mieć w głowie przestrzeń na myślenie o większych rzeczach, na rozwój, na własne myśli, to musisz tę przestrzeń najpierw zrobić. Możesz na przykład wyznaczyć sobie ramy: „Okej, mam teraz godzinę na TikToku bez wyrzutów sumienia” – i to jest super, świadomie tak zdecydowałaś. Ale poza tą godziną zastanów się, czym możesz to scrollowanie zastąpić. Może czytaniem? Może czymś, co zajmie Ci ręce, a głowie da odpocząć – rękodziełem, puzzlami, malowaniem po numerach, kolorowanką przy audiobooku?
Ja wiem, że to nie jest łatwe, bo platformy społecznościowe są zaprojektowane dokładnie po to, żeby Ci nie było łatwo. Zatrudniają tęgie głowy i wydają miliardy dolarów na jedno: żeby jak najbardziej uzależnić nas od siebie. I robią to skutecznie – ten telefon ląduje nam w ręku niemal automatycznie, często zanim w ogóle pomyślimy, po co go wyciągamy.
I właśnie dlatego uważam, że w tej nierównej walce zewnętrzne narzędzia oporu mają ogromny sens. Bo skoro po drugiej stronie stoją miliardy dolarów i armia specjalistów od przykuwania uwagi, to naprawdę nie ma się co łudzić, że wygramy to samą siłą woli.
Ja ostatnio sięgnęłam po takie wsparcie i jest to Scrolly. To mały ludzik od polskiego start-upu, który – odpowiednio skonfigurowany – blokuje te aplikacje, które rozpraszają Cię najbardziej. Dostać się do nich możesz tylko wtedy, gdy odblokujesz je, przykładając ludzika do telefonu. Więc jeśli nie masz go akurat przy sobie, bo na przykład jest zamknięty w szufladzie, co bardzo polecam, to zyskujesz tę sekundę na zastanowienie: po co ja właściwie odpalam teraz tego Instagrama? I ta sekunda zwykle wystarczy, żeby wrócić do tego, co naprawdę miałaś robić.
Niby drobiazg, a robi robotę. Bo to znowu ta sama zasada, którą kieruję się wszędzie: nie siła woli, tylko dobrze ustawione środowisko. Jeśli chcesz przetestować Scrolly u siebie, kliknij w link https://scrollyapp.io/pl/products/scrolly-stop-scrolling-start-living , a w koszyku podaj kod: oswajam_online żeby otrzymać 10 procent zniżki.
Bo wiesz, co się dzieje, kiedy odetniesz sobie ten ciągły dopływ cudzych treści? Zaczynasz z powrotem słyszeć własny głos. Zaczynasz obserwować to, co dzieje się dookoła Ciebie. Przestajesz już tylko przetwarzać to, co social media wepchnęły Ci do głowy, bo wreszcie dopuszczasz do siebie inne bodźce niż te najłatwiejsze i najbardziej dostępne. A z własnego głosu i własnych obserwacji bierze się dokładnie ta jakość, o której mówię przez cały ten odcinek.
