Jak wydać e-booka. Rozmowa z Ewą Popielarz
||

Podcast Oswajam Online – odcinek 25

Dziś właściwie każdy może wydać e-booka i wprowadzić go na rynek. Ale to nie jest tak, że wystarczy napisać tekst i wyeksportować go do PDF-a, żeby móc powiedzieć „wydałam e-booka”. O tym jak wygląda ten proces i na co zwrócić uwagę w trakcie porozmawiam z Ewą Popielarz, doświadczoną redaktorką i korektorką, przedsiębiorczynią i mentorką osób pracujących z tekstem.

Kliknij w odtwarzacz poniżej, żeby posłuchać dwudziestego piątego odcinka podcastu Oswajam Online dla twórców cyfrowych, edukatorów i soloprzedsiębiorców, którzy przedzierają się przez tą internetową dżunglę, chcąc zarabiać w sieci na swojej wiedzy i pasji.

Podcast znajdziesz też w popularnych aplikacjach – m. in. Apple Podcast i Spotify.

Marta: Cześć, Ewa, dziękuję ci za przyjęcie zaproszenia. No i oczywiście na samym początku tradycyjnie powiedz krótko tym osobom, które może jeszcze cię nie kojarzą – może są takie, chociaż nie wiem – co Ty właściwie w tych internetach robisz i jak się tu znalazłaś. Co korektorka robi w internecie?

Ewa: Cześć, dzień dobry, dziękuję za zaproszenie. Oj, myślę, że dużo takich osób jest. Internet wbrew pozorom jest dość rozległy, chociaż czasami jak się spotykamy z różnymi ludźmi, z różnych baniek internetowych i wszyscy się znają, to mam wrażenie, że to jednak rzeczywiście jest taka globalna wioska. No ale dobrze, do pytania. Nazywam się Ewa Popielarz i jestem redaktorką i korektorką, przede wszystkim. Ale też uczę redakcji i korekty.

Redaktorką, korektorką jestem od kilkunastu lat. Szczerze mówiąc trudno mi odpowiedzieć na pytanie jak się tutaj znalazłam – i w internecie, i w redakcji – bo ja jestem człowiekiem ścisłym, po mat-fizie. Miałam iść na studia inżynierskie, ale znalazłam kiedyś kierunek o wdzięcznej nazwie edytorstwo i komunikacja medialna i stwierdziłam, że to jest to, co bym chciała w życiu robić. I rzeczywiście to było to, co chciałam w życiu robić, bo robię to do tej pory. I przez dobrych 10 lat pracowałam w redakcji w korekcie offline. Ale kiedy założyłam firmę, to był rok 2016 mniej więcej, to stwierdziłam, że trzeba założyć stronę internetową i wejść do internetu. Zaczęłam opowiadać najpierw na Facebooku, później wszedł do Instagram, później podcast, blog. Oczywiście zaczęłam opowiadać o korekcie. Głównie po to, żeby zdobyć zlecenia na redakcję i na korektę, czyli żeby zgłaszali się do mnie autorzy, twórcy e-booków. Żebym mogła sprawić, żeby ich teksty były lepsze. Bo tak lubię nazywać właśnie redakcję i korektę, że to jest sprawianie, żeby teksty były lepsze. Ale okazało się, że są osoby, które naprawdę chcą tego słuchać, które chcą się też tego samego uczyć.

I tak od słowa do słowa, powolutku, w bardzo wolnym tempie, bo ja nie jestem człowiekiem, który się rzuca na głęboką wodę, wszystko się działo bardzo wolno, w ślimaczym tempie wręcz, zaczęłam też oferować webinary, szkolenia. W tym momencie redakcja, korekta i szkolenia są już na równi wśród moich zajęć internetowych i pozainternetowych.

Marta: Czyli poza tym, że uczysz teraz innych zawodu, to nadal też zajmujesz się osobiście pracą z tekstem.

Ewa: Tak, zdecydowanie tak. Jest to dla mnie bardzo, bardzo ważne, bo mam poczucie, że gdybym oderwała się od faktycznego wykonywania redakcji i korekt, to nie byłabym w stanie dobrze przekazywać tej wiedzy. OK zasady językowe może nie zmieniają się jakoś bardzo często i nawet gdybym nie wykonywała redakcji i korekt, to byłabym w stanie je gdzieś tam śledzić i aktualizować sobie tę wiedzę i ją dalej przekazywać. Ale korekta, redakcja nie opierają się tylko na zasadach teoretycznych, ale też na praktyce, na wprowadzaniu tego w życie, na kontakcie z autorem. To jest też psychologia w pewnym sensie. To nie jest tylko praca z tekstem, ale praca z człowiekiem. Jeżeli ja nie miałabym takich doświadczeń, to kto dałby mi grant do przekazywania tej wiedzy innym ludziom. Dlatego ja tak cały czas wykonuję redakcję i korekty czynnie.

Marta: Tak, ta praktyka na pewno ma znaczenie. No dobra, pogadajmy sobie o e-bookach. Mam wrażenie, że nadal krąży takie przekonanie, że e-booki to jest taki łatwy dochód pasywny, każdy może w to wejść niemal z marszu i po prostu zarabiać kokosy, pracując z hamaka na Bali. No albo chociaż dorabiać sobie drugą pensję bez większego wysiłku.

No więc może odczarujmy to trochę i wyobraźmy sobie taką sytuację, że przychodzi do ciebie ktoś, kto chce właśnie wydać tego pierwszego e-booka, ale tak naprawdę nie wie o tym nic. Poza tym, że trzeba go napisać. Więc przejdźmy może przez to jak wygląda, a raczej powinna wyglądać taka ścieżka pracy nad materiałem do e-booka w dwóch wersjach. W takiej wersji naprawdę idealnej, superprofesjonalnej i wersji minimum powiedzmy. Bo często tak jest, że jak gdzieś wchodzimy w nowy temat, to nie zawsze mamy jakiś duży budżet, żeby zainwestować w wielu podwykonawców na najwyższym poziomie. Więc przejdźmy sobie te ścieżki właśnie w takiej wersji minimum i super, hiper max.

Ewa: OK. Jak już przychodzi ktoś z tekstem, to już jest naprawdę dobrze, bo czasami przychodzą osoby, które nie mają jeszcze żadnego tekstu i na przykład mają różne artykuły, jakieś swoje nagrania audio albo webinary i mówią redaktorowi: zróbmy z tego transkrypcję i e-booka. I tak też czasem bywa. Ale załóżmy, że rzeczywiście autor napisał tekst. Jest to e-book powiedzmy poradnikowy.

Zacznę od tej ścieżki krótszej, bo będzie nam łatwiej na niej bazować i ją sobie potem rozpączkujemy na boki. Podstawa absolutna to jest redakcja, skład, korekta. Te trzy elementy to jest absolutne minimum, żeby powiedzieć, że tekst rzeczywiście dopracowany. I to nawet jeżeli autor miał piątkę z polskiego, nawet na maturze

Być może będzie potem czas, żeby podać kilka przykładów takich nieoczywistych zasad językowych, które są faktycznie wiedzą specjalistyczną i dobrze by było, żeby specjalista spojrzał na tekst pod tym kątem.

Redakcja to jest tak zwane pierwsze czytanie po autorze. Najczęściej to się dzieje w edytorze tekstu, w Wordzie. Mogą to być dokumenty Google, jeżeli ktoś nie ma Worda. Może to być program Pages, jeżeli ktoś pracuje na macu. Jeżeli korektor nie pracuje na macu, spokojnie można mu w docu wysłać tekst i poradzi sobie. Tam w czasie redakcji zachodzi największa praca nad tekstem. Komunikacja z autorem, dopracowujemy różne rzeczy, oczywiście opracowujemy tekst też językowo itd. Jak już ta część jest gotowa, to tekst idzie do składu. I tutaj też dobrze jest oddać się w ręce profesjonalisty, który złoży ten tekst w InDesignie. Można skorzystać z Canvy, ale jest to dużo bardziej uciążliwe. Chociaż ja wychodzę z założenia, że to są tylko narzędzia.

Można lepiej złożyć tekst w Canvie, jeżeli ktoś zna zasady edycji i zna zasady obsługi tego programu, niż w InDesignie, jeżeli ktoś kompletnie nie zna się na zasadach edycji i program ma powiedzmy liźnięty po łebkach – bo nie jest to taki łatwy program. Więc narzędzie to jest tylko narzędzie. Wszystko zależy od człowieka, który za nim stoi.

I później, po składzie, trzeba jeszcze koniecznie – to jest bardzo ważne i to nie jest dla wielu autorów takie oczywiste – jeszcze raz przeczytać tekst. Po pierwsze dlatego, że po jednym czytaniu po prostu nie ma fizycznie możliwości, żeby wyeliminować wszystkie błędy, nawet po dwóch lekturach nie ma możliwości, żeby wszystkie błędy wyeliminować. Chyba że mówimy o trzech zdaniach na okładce, no to wtedy OK. Ale jeżeli mówimy o e-booku, o dłuższym tekście, to dwa czytania to jest absolutne minimum. A poza tym korektor sprawdza też kształt wizualny tekstu, bo dopiero w tym momencie, kiedy czyta go korektor, ten tekst ma taki kształt, w jakim pójdzie do odbiorców, bo jest po składzie. Redaktor jeszcze tego nie widzi, bo redaktor czyta tekst w edytorze tekstu, gdzie to jest po prostu ciągła ściana literek, jakichś tam znaków. Więc te trzy elementy: redakcja, skład, korekta to jest absolutne minimum.

Marta: Jeszcze bym cię o jedną rzecz chciała na tym podstawowym poziomie dopytać. OK, redakcja skład korekta i teraz pytanie: Czy to może robić jedna osoba? To znaczy, że może to wiemy, no bo fizycznie może to zrobić jedna osoba, wszystkie te trzy elementy. Ale jak wyglądają dobre praktyki? Czy to pierwsze czytanie i czytanie po składzie powinny robić jednak różne osoby?

I tak samo skład. Czy to ma jakieś znaczenie, że ta sama osoba ten tekst składa i też zajmuje się warstwą tekstową? Czyli go sprawdza pod kątem językowym. Podpowiesz jak to powinno wyglądać?

Ewa: Jeśli chodzi o samą redakcję i korektę to tutaj sami redaktorzy mają bardzo różne opinie. Jest frakcja, która mówi absolutnie nigdy w życiu nie przeczytam dwa razy tego samego tekstu, bo to jest po prostu zło wcielone, a jest frakcja, która mówi to zależy. Ja jestem z tej frakcji środka, znaczy to zależy. Każde rozwiązanie ma swoje plusy i minusy.

Mówi się, że jest to dobrze, kiedy dwie pary oczu, więcej par oczu spojrzy na tekst, bo każdy troszkę inaczej do tego tekstu podchodzi. Jeżeli się na to zdecydujemy, to super, jest to bardzo fajne rozwiązanie. Korektor pewnie wyłapie te rzeczy, które umknęły redaktorowi. Być może korektor ma wiedzę na inny temat niż redaktor. Może znają różne zasady językowe. Nie każdy zna wszystkie, więc może ktoś akurat korektor zna coś z innej puli i wyłapie jeszcze coś, co redaktorowi umknęło. Ale w takim wypadku dobrze jest zapewnić im kontakt ze sobą. Poprosić redaktora o jakieś wytyczne dla korektora, żeby sobie nie wchodzili w drogę. Żeby nie było tak, że korektor nagle wyrzuci w kosmos wszystko, co zrobił redaktor. Miałam kiedyś taką sytuację, kiedy redagowałam tekst autora, który pisał bardzo surowo, co bardzo pasowało do jego profesji. I ja bardzo chciałam zachować ten jego styl. To był właśnie e-book. Ten autor prowadził też blog, blog na którym też pisał teksty i ludzie znali go z tego jego stylu. Jeżeli ja bym teraz zrobiła z tego wspaniałą laurkę, tekst taki, który mógłby być wydrukowany w artykule naukowym gdzieś tam, to ludzie by nie poznali autora za tym tekstem. Ale korektor miał zupełnie inne podejście i korektor zakwestionował w ogóle jakość redakcji. Ja potem przeglądałam pytania korektora. Autor był w kropce. Autor kompletnie się na tym nie znał i on nie wiedział komu ma zaufać. Jak przeglądałam potem uwagi korektora, to tam nie było uwag językowych. To były uwagi do stylu autora. Do stylu, który był właśnie taki bardzo surowy. Mieliśmy zupełnie różne podejścia i teraz piłeczka jest po stronie autora, ale… ja niestety nie miałam bezpośredniego kontaktu z korektorem i nie byliśmy w stanie sobie tego jakoś dogadać i wypracować jakiejś jednej linii. Była to patowa sytuacja. Dlatego bardzo ważne jest, żeby zapewnić kontakt pomiędzy jedną osobą a drugą.

Ale nawet jeżeli jedna osoba przeczyta tekst i na etapie redakcji i na etapie korekty, to nie jest to takie straszne, szczególnie jeżeli proces wydawniczy jest rozciągnięty w czasie, bo redaktor zdąży już trochę zapomnieć. Redaktor kiedy stanie się korektorem, zdąży już trochę zapomnieć ten tekst. Pewnie w międzyczasie przeczyta x innych tekstów i podejdzie do niego na świeżo. Bo największym ryzykiem przy czytaniu dwa razy tego samego jest to, że pamiętamy pewne frazy i nie uderzy nas to już w uszy, że coś tutaj źle brzmi, bo my jesteśmy w stanie w głowie dokończyć zdanie, zanim je zobaczymy na papierze. Dlatego nie powinno się redagować swoich własnych tekstów, bo to jest jeszcze większe zagrożenie, bo my w ogóle nie czujemy swoich manier, nie czujemy pewnych powtórzeń, które robimy. A redaktor fajnie to powinien wyłapać.

 

Marta: Tak, to jest zdecydowanie prawda, że sami nie widzimy swoich rzeczy i to jest, słuchajcie, zupełnie OK.

Ewa: Tak, jak najbardziej, każdy tak ma.

Marta: Dokładnie, więc tym się nie ma co przejmować. No dobra, no to mamy tą ścieżkę w wersji minimum. Czyli jeżeli chcesz wydać e-booka, no to licz się z tym, że tak będzie wyglądał ten proces, żeby to miało ręce i nogi. Przede wszystkim, żeby to się dobrze czytało, bo po to odbywa się cała ta praca nad tekstem, żeby ten tekst był przyjemny w odbiorze. I żeby nie utrudniać odbiorcy zapoznania się z sednem. A jak wygląda ta ścieżka taka już naprawdę na wypasie, jak ktoś chce to zrobić stu procentach zgodnie ze sztuką?

Ewa: Już mówię, tylko jeszcze nawiążę do tego co powiedziałaś, bo to jest superważne. Po co w ogóle jest ta redakcja i korekta? Szczególnie w e-bookach poradnikowych. Ona jest po to, żeby tekst stał się przezroczysty.

E-book poradnikowy jest po to, żeby przekazać jakąś wiedzę. Jeżeli czytelnik będzie się zawieszał na jakichś błędach, na tych osławionych magicznych literówkach (chociaż na tym się pewnie rzadko zawiesi, bo mu mózg w tym pomoże, bo nadpisze mu tę literówkę), ale jeżeli będzie jakiś szyk nie taki, jeżeli będzie zły podział wyrazów, jeżeli będzie ten tekst źle złożony, jeżeli będzie się to źle czytało… to po prostu my nawet nie będziemy sobie do końca zdawać sprawy z tego, dlaczego tak źle nam się to czyta i nie przejdziemy do tej treści, dlatego to jest takie istotne.

Ale już mówię jak rozwinąć ten układ, tę triadę, redakcja, skład, korekta. Warto jeszcze przed redakcją językową oddać tekst do recenzji. Do recenzji częściej oddają teksty autorzy beletrystyki, a autorom e-booków poradziłabym, żeby znaleźli sobie jakichś beta-readerów, osoby ze swojej grupy docelowej albo redaktorów merytorycznych, osoby ze swojej branży, ze swojej działki, żeby przejrzeć ten tekst. Nie wykonywać na nim dokładnej redakcji każdego zdania, tylko żeby te osoby przejrzały ten tekst i dały uwagi do tekstu – do jego merytoryki, do treści, do układu treści, do tego czego jeszcze brakuje, co jeszcze warto by wyjaśnić. I tutaj właśnie świetnie zadziała albo ekspert w danej dziedzinie, albo, może nawet nie albo, tylko i beta-readerzy, czyli grupa odbiorców. I to jest naprawdę świetny początek, bo wtedy redaktor językowy dostaje tekst w ostatecznym kształcie. Jak pójdziemy ze swoim teksem, swoją książką, nawet poradnikową, do wydawnictwa, to najprawdopodobniej zanim ten tekst trafi do redakcji językowej, przejdzie przez sito redaktora inicjującego, wydawniczego, czy jakkolwiek ich tam nazwiemy, i oni właśnie pod tym kątem przeczytają ten tekst. Powiedzą autorowi, co jeszcze właśnie sam autor ma do tego tekstu dodać albo co ma z tego tekstu odjąć, żeby tekst się dobrze czytał, żeby był kompletny, żeby był dostosowany do danej grupy docelowej, co też jest bardzo ważne. I zanim redaktor językowy ten tekst będzie już maglował, tak literka po literce,

to bardzo jest superważne, żeby to był już dopracowany tekst, żeby nagle autor nie powiedział: no jeszcze jeden rozdział tam sobie dopiszę, nie? Albo: a właściwie ten rozdział to nie. Ostatnio miałam taką sytuację, to był artykuł na szczęście. Po redakcji autorka miała tylko zweryfikować tę redakcję, znaczy zaakceptować zmiany, ewentualnie odpowiedzieć na komentarze, a ona stwierdziła, że nie, no że w redakcji było tam trochę błędów – co jest zupełnie normalne, każda redakcja jest czerwona – to ona napisze jeszcze raz. I napisała ten artykuł jeszcze raz od nowa. I zaczynamy przygodę od początku. To na szczęście była jedna strona. Ale jak autor sobie coś takiego wymyśli w e-booku, no to po prostu bardzo się wydłuża ten proces. Redaktor musi jeszcze raz wchodzić w ten tekst. I no jest to ze szkodą dla tekstu. Więc najlepiej by było, żeby on był superprzygotowany jeszcze przed redakcją językową. Bo z kolei, no owszem, na te rzeczy logiczne, merytoryczne i tak dalej redaktor językowy też zwraca uwagę ale to jest kolejny element, kolejna cegiełka do tych rzeczy, na które musi zwracać uwagę. Więc fajnie jakby nie miał aż tyle roboty.

To był pierwszy element, czyli taka redakcja merytoryczna albo beta-reading przed redakcją językową. Później wkracza redaktor językowy i później mówiłam, że skład. Ale pomiędzy redakcją językową a składem warto wcisnąć jeszcze jedną korektę. Jasne, że to się wiąże z dodatkowymi kosztami. Beta-readerów jeszcze można zachęcić jakąś tam próbką, darmowym e-bookiem albo coś tam, chociaż nie powinnam tego mówić, nie zachęcam. To też jest praca. Szczególnie jeżeli ktoś się zajmuje beta-readingiem zawodowo – to też jest praca, która wymaga wynagrodzenia.

No chyba, że faktycznie zgłoszą się czytelnicy hobbystycznie i tak z dobrego serca, to wtedy OK, może to się nie będzie wiązało z dodatkowymi dużymi kosztami. Ale pomiędzy redakcją a składem fajnie by było zdecydować się na korektę i wtedy to już musi być inna osoba niż redaktor, bo to jest czytanie jedno po drugim. Jest to jeszcze czytanie drugie przed składem. Jeszcze cały czas w Wordzie.

Po co? Po to, żeby po pierwsze składacz miał łatwiejszą robotę, bo więcej błędów jest wyeliminowanych, no i ten korektor po składzie, żeby miał mniejszą robotę, dlatego że nanoszenie korekty jeszcze w Wordzie jest stosunkowo proste, bo my ingerujemy bezpośrednio w tekst. A jak już mamy skład, to korektor nanosi korektę tak jakby nanosił ją flamastrem na wydruk, bo on już ma PDF, w który nie może bezpośrednio ingerować. Wprowadza tylko znaczniki. I te znaczniki musi nanieść na tekst składacz, a korektor potem musi jeszcze to przeczytać i zweryfikować. Więc to jest skomplikowane, długie, zajmuje dużo czasu, mogą po drodze zawsze gdzieś tam się wkraść jakieś błędy, ktoś może coś przeoczyć. Więc im mniej tych ostatecznych poprawek na ostatniej korekcie, tym lepiej. I właśnie ta korekta przed składem ma temu służyć. Polecam ją szczególnie, jeżeli e-book był robiony na przykład na podstawie transkrypcji albo jeżeli faktycznie pierwsza wersja wymagała bardzo dużej ingerencji językowej w tekst.

To będzie znaczące szczególnie w przypadku e-booków poradnikowych, bo bardzo często są one pisane przez osoby, które są specjalistami w swojej dziedzinie, ale nie są specjalistami od składania słów w zdania. I nie muszą być.

Pomoże im wygładzić ten tekst stylistycznie i językowo redaktor, ale jeżeli redaktor będzie miał naprawdę dużo pracy językowej, to sam może zrobić jakieś błędy, czy przeoczyć jakieś błędy przy redagowaniu tego tekstu. Jeżeli redaktor ma w zdaniu poprawić, zmienić szyk dwóch wyrazów, no to się nie pomyli. Wszystko gra. Ale jeżeli ma wręcz przepisać całe zdanie, bo ono nie brzmi gramatycznie po polsku, no to siłą rzeczy jakieś tam literówki, jeszcze jakieś tam inne rzeczy mogą się przytrafić. W takim wypadku, jeżeli było bardzo dużo poprawek przy pierwszym czytaniu, warto się zdecydować na drugie przed składem. No a potem już jedziemy skład i korekta, to już ta końcówka, to już powiedzmy jest niezmienna. Ewentualnie można się jeszcze zdecydować na przygotowanie layoutu. To można robić już na etapie pracy redakcyjnej, tak żebyśmy jeszcze dopracowali ze składaczem, zanim on wleje cały tekst w InDesign, czy tam nawet w tę Canvę.

 

To żebyśmy dopracowali ten tekst pod kątem graficznym, warto by było layout pokazać też redaktorowi, żeby on spojrzał na to i żeby zobaczył czy korektorowi, żeby zobaczył czy zobaczyła, czy tam nie będzie jakichś takich edytorskich redakcyjnych korektorskich problemów. Wtedy zwykle pracuje się na kilku stronach tekstu. Dopracowuje się strony tytułowe, paginę, czyli to jest na górze i na dole strony, stopki, jakieś grafiki, ramki… Takie jakieś szczególne elementy, które szczególnie w e-bookach się znajdują. I jak mamy taki layout i dopracujemy go dobrze, to później rzeczywiście jest dużo mniej roboty już po składzie.

Marta: No trochę tego jest. A czy są jeszcze jakieś formalności, których powinien autor takiego e-booka dopełnić? Czy zarejestrować go gdzieś, zgłosić, numer ISBN nadać? Jak to wygląda? To trzeba robić? Czy to po prostu można robić, a można nie zrobić?

Ewa: Można, nie trzeba. Numer ISBN zawsze dodaje prestiżu, bo jak mamy ebooka z numerem ISBN to już jest taki prawie jak książka. Można, jest to w 100% darmowe, wchodzi się na stronę www.e-isbn.pl dostaje się pakiet 10 numerów minimum. Nie można jednego sobie wykupić, znaczy wykupić, wybrać, bo to jest za darmo.

10 numerów ISBN, więc jest potencjał potem i taki impuls do tego, żeby tworzyć kolejne e-booki, no bo jak już numery na nas czekają, no to możemy tworzyć kolejne. I jak już wybieramy, jak już mamy e-book, mamy datę jego premiery, klikamy sobie, wypełniamy sobie swoje imię, nazwisko, tytuł tego e-booka, dostajemy numer, wklejamy go na stronę, koniec. Jest to banalnie proste, każdy jest w stanie to zrobić, natomiast nie jest to obowiązkowe. Kiedyś było tak, że e-booki z numerem ISBN mogły się starać o VAT niższy, tak jak książki, bo VAT na książki to było 5%, a na e-booki przez długi czas jak na inne produkty cyfrowe, czyli 23. Teraz e-booki też już mają VAT 5% niezależnie od tego, czy mają ISBN, czy go nie mają. Więc można, nie trzeba. Ja polecam. Jak wydaje swoje e-booki to zawsze sobie tam numer ISBN pobieram. Jest to fajne uczucie jak się doda numer ISBN do swojego e-booka.

Jest jeszcze kwestia egzemplarza obowiązkowego. Jak będziemy drukować e-book, wydawać go też w formie papierowej, to koniecznie musimy wysłać do wskazanych bibliotek egzemplarz obowiązkowy. Tam jest taki limit do 100 egzemplarzy nakładu, trzeba wysłać dwa, chyba do głównych bibliotek, a 17 czy 15 przy nakładzie powyżej 100 egzemplarzy. Jak sobie wpiszecie w Google egzemplarz obowiązkowy biblioteczny, to wam wszystko wyskoczy. Natomiast jeżeli pozostajemy przy wersji cyfrowej, to jest taka strona Polona  i tam można załadować też swój e-book. Ale też nie jest to obowiązkowe, bo te egzemplarze, jak sama nazwa wskazuje obowiązkowe, papierowe są faktycznie wymagane do wysłania. Natomiast w przypadku tych w formie cyfrowej wydawcy mogą nadsyłać po zarejestrowaniu się do bibliotek ten egzemplarz. Także to jest tylko takie… Kwestia autora. Opcjonalne.

Marta: A skoro już wspomniałeś o papierze, to jeszcze tak na szybko cię dopytam – czy sam proces wydawniczy między e-bookiem a książką papierową, zostańmy w tym obrębie poradnikowo-wiedzowych pozycji, czymś się różni? Poza tym, że dochodzi współpraca z drukarnią.

Ewa: Tak, no dochodzi drukarnia i koszt to na pewno, ale to jest oczywiste. Natomiast może się troszkę różnić layout skład, bo e-booki jednak odrobinę różnią się od książek. Nie ma w e-bookach na przykład wakatów, czyli stron pustych. No bo po co miałyby być, po co mielibyśmy przeklikiwać. A jeżeli wydajemy książkę, każdy rozdział zaczyna się nam na stronie zawsze nieparzystej. Prawie zawsze rozdziały zaczynają się na stronie prawej, czyli nieparzystej. Jak poprzedni rozdział też skończy się na nieparzystej, to kolejna parzysta jest biała. W książce tak będzie. W e-booku nie, wyeliminujemy to. W e-bookach też bardzo często mamy wszystkie numery stron na dole, bo jakby ktoś sobie wydrukował, potem wiatr mu to rozwiał gdzieś tam i będzie zbierał kartki, no to nie może mieć pustych stron bez numeru, bo będzie trudniej to złożyć. Natomiast w książkach jest taka praktyka, że strona szpicowa, czyli ostatnia w rozdziale, taka nie do końca zadrukowana, jest najczęściej bez numeru strony. Głównie ze względów wizualnych, żeby nie było takiej dziury pomiędzy numerem strony a ostatnim wersem. Jak sobie przejrzycie książki beletrystyczne, to to jest tam stała praktyka, żeby na ostatniej stronie rozdziału nie było numeru strony. W e-bookach często jest.

W ogóle sama numeracja często jest inna, bo w e-booku często okładka jest stroną pierwszą, a okładka w książce drukowanej nie jest liczona jako strona pierwsza. Okładka jest jakby poza numeracją. A w e-bookach dlaczego? Dlatego, że jeżeli otwieramy e-book w jakiejkolwiek przeglądarce czy w Adobe Readerze, czy w czymkolwiek innym, przeglądarce do PDF-ów, no to i tak nam ponumeruje te strony od pierwszej. Więc żeby nie było, że na dole mamy napisaną piątą, a program nam mówi, że to już jest szósta. Bo jak będziemy chcieli przejść do innej strony, no to się pogubimy. I te kwestie numeracji są jeszcze różne.

Czasami z kolorami nie możemy tak zaszaleć jak drukujemy, bo kolor jest droższy, więc na to też trzeba zwrócić uwagę. Kwestia linków też może się różnić, no bo w e-booku możemy zrobić link klikalny. Jak ktoś drukuje, no to też trzeba to wziąć pod uwagę, żeby ten link nie był tylko pod słowo podpięty, pod kotwice, jak na stronie internetowej, żeby ktoś po wydruku mógł sobie przejść do strony, czy jakiś kod QR wstawić, czy skrócony link, czy tam cokolwiek innego. No ale jak mamy wydruk, no to już wiemy, że na pewno nikt w to nie kliknie, a w e-booku jednak można, więc tutaj te kwestie linków są jeszcze do dopracowania.

Dlatego dobrze wiedzieć przed etapem składu, czy będziemy książkę, e-book, poradnik drukować, czy nie, bo jednak trochę się to różni i można zrobić jeden egzemplarz uniwersalny, który będzie i do druku, i do publikacji cyfrowej. A jeszcze cały czas mówimy o e-bookach w formie PDF-ów. E-booki mogą mieć jeszcze formaty mobilne EPUB i MOBI, na czytniki. I wtedy to już jest w ogóle inna inszość, bo tam i z grafikami nie poszalejemy, i z jakimiś rameczkami nie poszalejemy, bo ten e-book zanim wyświetli się nam na czytniku ma formę HTML-a. No tak, to jest taki język i wszystkie ozdobniki znikają. To jest czarno-białe i generalnie chodzi o to, żeby to był czysty tekst i nie każdy e-book poradnikowy się nadaje też w związku z tym do takich formatów. Jak ja wydaję swoje e-booki szkoleniowe, to nie ma ich w formatach EPUB i MOBI, bo jest tam za dużo tabelek, tabeleczek, jakichś tam wykresów, wykresików, punktorów i uważam, że będą kompletnie nieczytelne w tych formatach.

Więc to jest jeszcze jeden element. Nie każdy składacz nawet robi te konwersje do formatów EPUB i MOBI, ale nawet jeżeli nie robi to na pewno kogoś poleci. Więc też trzeba wiedzieć czy w tych formatach będziemy chcieli wydawać e-book, bo można, ale na przykład trzeba by było okroić warstwę wizualną, czyli jeszcze przepracować ten tekst pod innym kątem.

Marta: Sporo jest tych rzeczy, ale jestem przekonana o tym, wiem o tym właściwie, bo mam takie sygnały, że jednak sporo osób się zastanawia nad tym, czy naprawdę już przy tym pierwszym e-booku warto inwestować w taką współpracę profesjonalną z korektorem i z redaktorem. Jakie są takie potencjalne zagrożenia wypuszczenia właśnie takiego e-booka, który nie przeszedł przez korektę ani przez redakcję.

Ewa: Pierwszym zagrożeniem jest to, że tego e-booka w ogóle nie będzie. Bo odpadniemy gdzieś po drodze. To jest naprawdę… Dla osób, które siedzą w tej branży, to o czym ja teraz mówię, to jest oczywista oczywistość. Oni pewnie słuchają i myślą sobie: redakcja, tak, oczywiście, tu jest ten proces. Jak ja zaczynam mówić o rewizji, to wszyscy redaktorzy, korektorzy wiedzą, w którym jesteśmy w momencie, co już powinno zostać zrobione i jakie możemy mieć problemy na tym etapie. Ale osoba, która po raz pierwszy ten e-book wydaje, no to wie, że ma go napisać. Ale nawet właśnie ta kwestia linków, tego wszystkiego, jak to zrobić, kolory, nie wiadomo co, z kim się kontaktować… W ogóle jak znaleźć podwykonawców, to jest też podstawowe pytanie. To jest naprawdę bardzo trudne.

A jak znajdziemy już na starcie dobrego redaktora, to on będzie dla nas jak taki mikrowydawca. Troszkę się rozszerzyły kompetencje redaktorów językowych w momencie, kiedy właśnie e-booki weszły na rynek, kiedy selfpublishing wszedł na rynek. Nawet tworzą się takie małe agencje wydawnicze. Redaktorzy są małymi wydawcami albo redaktorami inicjującymi, jakkolwiek to nazwiemy. Potrafią poprowadzić autora przez cały ten proces. Jeżeli się w ten sposób umówimy z redaktorem, to pewnie ta usługa redakcyjna będzie droższa. Tutaj przy okazji apel do redaktorów, ona powinna być wtedy droższa, jeżeli nie zajmujemy się wyłącznie warstwą językową, ale też koordynujemy całe to przedsięwzięcie. I po stronie autora już nie będzie… Zdejmie z siebie tę odpowiedzialność, bo on nie musi tego wszystkiego wiedzieć, a redaktor będzie wiedział. Będzie wiedział, o co zapytać, z kim porozmawiać i tak dalej. Więc to jest taki naprawdę duży komfort psychiczny. Mówimy dużo o delegowaniu, warto oddelegować tę część.

Marta: No tak, zwłaszcza, że tu jest bardzo dużo elementów. To nie jest tylko to, czy tam nie będzie literówek i błędów ortograficznych.

Ewa: To jest najmniejszy problem. Literówkę może sobie tak naprawdę, może wyłapać każdy. Bo chodzi o to, żeby przeczytać uważnie tekst literka po literce. Naprawdę uważny czytelnik jest w stanie… Dziecko posadzimy siedmioletnie, które dopiero nauczyło się czytać i ono wyłapie w tekście więcej literówek niż dorosły, bo ono jeszcze czyta literka po literce. Literówka to jest to, o co zwykle autorzy proszą. Proszę mi poprawić literówki i przecinki.

A ja wiem, że to jest taki wierzchołeczek góry lodowej, a pod spodem… tam się dopiero ciągnie, tam się dopiero robią rzeczy.

Marta: Trochę tego tam może być. No dobra, ale załóżmy, że to pierwsze zagrożenie, o którym wspomniałeś, że w ogóle nie wyjdzie ten e-book mamy za sobą, bo mamy po prostu zdeterminowanego autora, który napisał i chce to wypuścić, ale stwierdził, że dobra może jednak oszczędzę. Co tutaj może pójść nie tak potencjalnie?

Ewa: Przede wszystkim to o czym mówiliśmy, jeżeli nie będzie redakcji i korekty, to ten tekst może być trudny w odbiorze. Czyli nie będzie przezroczysty, to jest to o czym wspominałyśmy na początku. I czytelnicy nawet nie do końca mogą sobie zdawać sprawę z tego, dlaczego źle im się ten tekst czyta, a nie będą sobie nawzajem polecać tego e-booka. Mogą pisać do autora i wskazywać mu błędy. Nie jest to przyjemne. Jak dostaje się maila pod tytułem, a na którejś tam stronie jest literówka, a tu jest coś tam. I uwaga, te błędy mogą nie być błędami, ale autor nie będzie o tym wiedział, jeżeli nie ma kogo o to zapytać.

Byłam kiedyś jedną z osób, które brały udział w procesie wydawniczym e-booka, który przechodził bardzo długą ścieżkę i zaczęło się od właśnie beta-readerów. I beta-readerzy mieli się skoncentrować przede wszystkim na takim osobistym odbiorze, na tym, czy czegoś im nie brakuje i tak dalej. Ale zaangażowali się, to było 5 osób i zrobili też listę poprawek językowych. To było jeszcze przed etapem redakcji albo po etapie, już nie pamiętam. Gdzieś tam chyba po etapie redakcji, a przed korektą. I ja przejrzałam te wszystkie poprawki językowe, bo byłam redaktorką i korektorką tego e-booka.

I rzeczywiście kilka tam jakiś tam literówek, jakieś tam rzeczy – to były takie oczywistości, które faktycznie gdzieś tam umknęły, jeszcze na etapie korekty trzeba było je wprowadzić. Natomiast tak mniej więcej 80% tych poprawek wskazanych przez beta-readerów to nie były błędy. Bo na przykład ktoś wskazał przecinek przed i, że on tutaj nie powinien stać. A on powinien stać, bo zamykał zdanie podrzędne. I tak dalej, i tak dalej, to ja mogłabym dużo tych elementów wymieniać. I autor będzie dostawał takie uwagi. I będzie w kropce, bo nie będzie wiedział czy faktycznie to są błędy czy to nie są błędy. Ale częstsza będzie sytuacja taka, że faktycznie to będą błędy. I będzie to obniżało jakość tego e-booka w oczach odbiorców. Jest taki bardzo niefajny case Gazety Wyborczej z ostatnich tygodni nie wiem czy słyszałaś…

Marta: O redukcji etatów…

Ewa: Rozniosło się to poza bańkę korektorską. W ramach zwolnień grupowych Gazeta Wyborcza zwolniła cały dział korekty. I oni… Nie wiem jaka była motywacja. To nie tak, że oni w ogóle zrezygnowali z korekty, bo uznali, że to jest kompletnie zbędne. Nie, oni przerzucili korektę na dziennikarzy. Co jest kompletnie bez sensu, bo jak już mówiliśmy nie powinno się robić korekty swoich własnych tekstów, szczególnie jeżeli piszemy je szybko i w trybie gazetowym muszą być opublikowane. Praca w ogóle w takim serwisie, który publikuje teksty szybko i nie ma wiele czasu na czytanie to jest straszna orka. Również dla korektorów. Ja mam znajomego w takim krakowskim serwisie i on mi zawsze mówi: „Ewa, nie chcesz u nas pracować. Mógłbym cię polecić, ale uwierz mi ty tu nie chcesz pracować”. To jest po prostu straszne. Jest to frustrujące, bo wiele błędów wtedy można przeoczyć. Jeżeli sam dziennikarz ma jeszcze poprawić swój tekst, no to jest równia pochyła. To jest naprawdę droga donikąd.

I dlaczego o tym wspominam? Dlatego, że odbiór społeczny tej informacji, nawet poza gronem korektorów, redaktorów – bo wiadomo, że korektorzy się oburzyli oczywiście ­– był bardzo negatywny. Nie widziałam ani jednej opinii, ani jednego komentarza, w którym ktoś powiedział „no i bardzo dobrze, po co komu korekta”. Nie, absolutnie nie. Zobaczcie jakie są opinie ludzi na temat tekstów publikowanych online. Że nie da się tego czytać, że coraz słabszy poziom językowy, że coraz więcej błędów. Ja nie wiem, może tutaj się doszukuję jakaś teoria spiskowa, ale… być może serwisom internetowym nie zależy aż tak, co jest tragiczne, nie zależy aż tak na poprawności, no bo jak będą komentarze, że jest błąd w nagłówku, to przecież ważne, żeby mówili, tak? Klika się? Klika się. Wyświetlenia są? Wyświetlenia są. Ale do czego nas to prowadzi? Naprawdę odbiór społeczeństwa jest bardzo jednoznacznie negatywny. Nie ma osoby, nie widziałam komentarza osoby, która mówi:

„Rany, jest tutaj tyle literówek, że ledwo to przeczytałem. Nie ma małych, dużych liter, nie ma przecinków, nie da się tutaj w ogóle tego czytać, ale nic nie szkodzi, treść jest… A, super, ekstra. Będę czytał następny”. No nie, nie ma takich komentarzy.

Marta: To jest prawda. Z tego, co mówisz właśnie takie zagrożenie wypływa dla tego eksperta autora, że to jednak jest takie trochę nadszarpnięcie tego wizerunku, który gdzieś tam sobie budujemy, prawda? Że dobra ja tutaj jestem ekspertem, ja się na tym znam i ja cię chcę tego uczyć, a potem się okazuje, że ja cię nie do końca potrafię tego nauczyć, bo sedno tego, co chcę ci przekazać, jest skryte właśnie pod… tymi różnymi babolami – nazwijmy to kolokwialnie.

Ewa: Zdecydowanie tak. Jest to zachowanie kompletnie nieprofesjonalne, szczególnie jeżeli sprzedajemy ten produkt. A jeżeli nawet to ma być jakiś nie wiem e-book, który będzie dodawany „za darmo” do zapisu na newsletter, to też go w pewnym sensie sprzedajemy. Bo sprzedajemy go. Dajemy ten e-book za adres internetowy kogoś tam albo za czyść czas. I szukałam jakiegoś zgrabnego porównania. Nie wiem czy wymyśliłam, ale wpadłam na kilka takich metafor dlaczego warto faktycznie już pierwszy e-book dać do redakcji i korekty i przyszły mi do głowy takie rzeczy jak sprzątanie mieszkania, makijaż i układanie włosów. I teraz tak, jeżeli idę sobie na jakąś tam zwykłą imprezę, nie wiem ze znajomymi czy do kina z mężem, czy gdziekolwiek, no to czeszę się sama, sama się maluję – jak idę tam prywatnie.

Jak piszę sobie artykuł na blog nawet, który jest hobbystyczny, to OK, to sama sobie to przeczytam, poprawię sobie literówki, poszło jak poszło, ważne, że zrobione. Zrobione, lepsze od doskonałego. Tak, tutaj to wszystko pasuje. Niech będzie opublikowane. Ale jeżeli umawiam się na sesję biznesową, zdjęciową, czy idę na jakieś duże wydarzenie, czy chociażby na przykład na swój własny ślub, czy ślub kogoś innego, jest to większe wydarzenie. Jest to sesja biznesowa i to są zdjęcia, które będą potem pracowały na mnie w mojej działalności, to ja nie będę sama układać włosów i robić makijażu, bo się na tym nie znam. Chyba, że jestem profesjonalistką. Ale myślę, że nawet wtedy… Znam wiele osób, które zajmują się fryzjerstwem czy makijażem i idą wtedy do kogoś, do innego specjalisty, żeby dać się zrobić na tę sesję.

Marta: W myśl zasady, że chirurg się sam nie operuje.

Ewa: Otóż to, otóż to. Jeszcze włosy można by sobie jakoś tam ułożyć, no ale jednak jest to i większy stres, i większa odpowiedzialność. I chcemy zdać się na ręce, na doświadczenie innego specjalisty. Miałam jeszcze to porównanie z domem, ale ono jest takie… Jak sprzedaję dom, to też mogę zlecić komuś wysprzątanie tego domu, cały ten home staging. I przychodzi profesjonalista i mówi, ten dom, ten tekst, powinien tak wyglądać, żeby się dobrze sprzedał, żeby ludzie powiedzieli to jest profesjonalnie dopracowane. A tak na co dzień, to sobie mogę sama przejechać z odkurzaczem czy tam na mopie. Ale jak chcę go sprzedać, to potrzebuję go wycyzelować, potrzebuję, żeby to było idealne, żeby wszystko stało na swoim miejscu, bo ja, uwaga, nawet nie wiem, jak ludzie odbiorą to, że ten fotel stoi przy tej ścianie, a tutaj jest zdjęcie na przykład mojej rodziny i to jest słabsze, bo ludzie nie będą się identyfikować z tym mieszkaniem. Ja mogę nawet nie wiedzieć, jak analogicznie układ treści na stronie może wpłynąć na odbiór tekstu przez czytelników, bo nie muszę się na tym znać.

Marta: Myślę, że to wszystko możemy sobie zamknąć w takim pojęciu szacunku do odbiorcy.

Ewa: O, dokładnie tak.

Marta: I trochę zmiany tej optyki, że to nie jest tak, że jestem ja – autorka i moje wiekopomne dzieło, które jest po prostu takie wspaniałe i ono jest po to, żeby było pomnikiem tej mojej wspaniałości. Tylko po to (jesteśmy cały czas w obszarze tych tekstów wiedzowych, nazwijmy to, poradnikowych), żeby komuś w czymś pomóc, czegoś go nauczyć, pokazać, przeprowadzić go przez jakiś proces. I to ta druga strona, to jak ona to odbiera, to ma znaczenie, bo od tego zależy, czy ja będę na tym zarabiać, czy to się będzie sprzedawać, czy to będzie polecane, czy ludzie potem wrócą z feedbackiem – to było naprawdę spoko, pomogło mi w tym czy w tamtym, czy nie. Czy to będzie właśnie jednorazowa przygoda. Bo, o kurczę, no nie sprzedało się… nie wiem dlaczego… to właściwie nie ma sensu, nie idę w to dalej. Więc właśnie patrzenie z perspektywy tego odbiorcy, a nie siebie, nieomylnego eksperta, autora.

Ewa: Możemy to porównać nawet do stron internetowych. Bardzo popularne są teraz kwestie UX-owe. Wchodzimy na stronę i na jednej łatwo nam się nawiguje, a na drugiej nie. Dokładnie taki sam UX możemy zastosować do e-booków, szczególnie jeżeli mają dużo elementów graficznych i tak dalej. Jak nie potrafimy tego zrobić, to po prostu nie ułatwimy odbiorcy czytania i przyswajania tej wiedzy. A jak już budujemy ten swój pomnik i chcemy go postawić, no to fajnie, żeby on był dobry, ładny, żeby przetrwał długo, a nie żeby po tygodniu ktoś go podarł i wyrzucił do kosza.

Marta: I żeby ludziom oczy nie krwawiły na jego widok i go jajkami nie obrzucali na spacerach.

Ewa: Otóż to! Wiesz co jeszcze jest tutaj zagrożeniem? To hasło, które ja bardzo lubię, bo ono jest bardzo przydatne na co dzień, że zrobione jest lepsze od doskonałego. OK, tak, ale nie w przypadku wydawania e-booków. Możemy zrobić przedsprzedaż niegotowego produktu i zarobić w ten sposób na redakcję, na skład, na korektę. Możemy to potem jeszcze udoskonalać. E-book po redakcji, po korekcie, po składzie i tak nie będzie superdoskonały, perfekcyjny, bo tak jak mówiłam, po prostu fizycznie nie da się wyeliminować wszystkich, absolutnie wszystkich błędów. Ale droga, jaka zostanie wykonana od startu, od napisania go w notatniku czy w Wordzie do tego finalnego kształtu, to naprawdę jest bardzo, bardzo dużo. Szczególnie jeżeli mówimy o płatnych produktach. W takim wypadku OK możemy coś wypuścić i na przykład dopisać jakiś rozdział tego e-booka, merytorycznie go dopracować, ale ta część, którą możemy oddelegować, powinna być wykonana, moim zdaniem, od samego początku. To świadczy o nas, o naszym profesjonalizmie, no i tak jak wspomniałaś, o szacunku dla odbiorców.

Marta: Podpisuję się tutaj zdecydowanie pod tym. Ja od siebie też to powiem, bo może nie wiecie, ale ja jestem po filologii polskiej i generalnie dobrze się czuję w słowie pisanym. Każdy mój e-book przechodził korektę i redakcję i jak one do mnie wracały z poprawkami, to ja wtedy dopiero widziałam… o kurczę, faktycznie, przecież to można było zamiast takie długie kwieciste zdanie zrobić krócej albo coś można było zamienić. Faktycznie, czyta się to lepiej. No bo tak jest, że jak piszesz tego e-booka, no to jesteś w tym, siedzisz w tym, patrzysz już na tego Worda i ślepnie się na to, po prostu…

Ewa: I trochę masz już dość. Nie chcę ci się tego czytać. Tak.

Marta: Tak, ale też ślepnie się na pewne elementy. To tak jak ze ślepotą banerową – nie widzimy tego już, bo biały szum, gdzieś tam to nasz mózg ignoruje. No dobra, ale wiesz co, wróćmy jeszcze na chwilę już tak bardziej konkretnie do tego, co tam się z tym tekstem dzieje. Powtarza nam się tutaj cały czas korekta i redakcja. Jaka jest różnica między tymi dwoma elementami? Co robi korektor, co robi redaktor? Rozumiem, że to może być i często jest jedna osoba. Natomiast gdzie jest ta różnica?

Ewa: Bardzo zazębiają się te pola działania i też uczulam autorów na to, żebyście rozmawiali z redaktorem, korektorem, z osobami z którymi współpracujecie, na temat tego, co oni rozumieją pod pojęciem redakcja i korekta. Bo nawet w wydawnictwach mówi się czasami o pierwszej korekcie i o drugiej korekcie, o korekcie językowej, korekcie technicznej. Nie używa się słowa redakcja, bo ono jest na przykład zarezerwowane dla redakcji merytorycznej. Bardzo różny jest zakres znaczeniowy. Nie ma takiego słowniczka nawet wśród redaktorów, korektorów, który mówiłby czym jest redakcja, czym jest korekta, więc warto o tym rozmawiać. Ja zawsze jak wysyłam pierwszego maila z ofertą, to rozpisuję to dokładnie, co rozumiem pod tymi pojęciami.

Redakcja to jest tak jak wspominałam pierwsze czytanie po autorze. To jest taka najprostsza definicja. Redaktor jest pierwszą osobą, która profesjonalnie do tego tekstu podchodzi pod kątem językowym, ale też jest w roli pierwszego czytelnika, więc też od strony logicznej merytorycznej będzie spoglądał na ten tekst. Nawet jeżeli mieliśmy tych beta-readerów, recenzentów merytorycznych i tak dalej, i tak dalej. Redaktor nie odpuści już sobie wtedy tego tylko jak zwróci coś jego uwagę, to zaznaczy. Różnica jest taka, że kwestie językowe wprowadzi od razu do tekstu, a jeżeli zobaczy jakieś nielogiczności, jakieś merytoryczne niuanse, które będą mu zgrzytały, to doda komentarz do autora. I w ogóle jak cokolwiek redaktorowi tam zazgrzyta, to wtedy doda komentarz. Miałam taki przykład kiedyś powieści beletrystycznej, która opierała się na tym, że bohaterowie poznali się na Snapchacie.

Tylko niestety ta powieść była osadzona w konkretnym obszarze czasowym i działa się jeszcze przed tym jak Snapchat w ogóle powstał. No i to jest coś, co powinien wyłapać też redaktor językowy, bo to jest po prostu błąd logiczny. Ciężko powiedzieć o merytorycznym, jeżeli mówimy o beletrystyce. No i trzeba było zdecydować, czy zmieniamy platformę, czy w ogóle poznają się gdzie indziej, ale ja tego nie zmieniam.

Ja to zaznaczam autorowi, bo to jest jego tekst, to jest jego pomysł i to autor ma tutaj zaingerować, a moim obowiązkiem jest to zaznaczyć. Co jeszcze robi redaktor? No właśnie, język, logika, formatowanie tego tekstu tak, żeby składaczowi się go dobrze składało. Redaktor też ma za zadanie zadać autorowi wszystkie możliwe pytania do tekstu.

Tak żeby korektor już nie musiał tego robić. Bo jak już korektor dostanie tekst to już ten deadline mamy, już oddech premiery na karku. I już fajnie by było, żeby szybko tekst zakończyć, więc redaktor powinien jak najwięcej pytać, żeby dopracować ten tekst jak najlepiej. No i on czyni pewne ustalenia. W jaki sposób zapisujemy liczebniki w tekście – od takich najprostszych rzeczy, po taki ostateczny układ tekstu, podział na rozdziały, podrozdziały, strukturę tych nagłówków, co dajemy do ramki, czy dajemy przypisy. Jeżeli tak, to gdzie one będą, czy na dole, czy na końcu, czy dodajemy bibliografię… To wszystko jest na etapie redakcji ustalane w ścisłym porozumieniu z autorem oczywiście.

A korektor czyta ten tekst jeszcze raz, bardzo mocno pod kątem językowym, żeby ostatnie takie językowe niuanse wyłapać. Oczywiście jak mu coś tam zazgrzyta takiego merytorycznego na tym etapie, to nie mówi ja jestem korektorem, redaktor miał to poprawić, nie będę tutaj marnować swojego czasu na to, tylko też ma to zaznaczyć. To jest jasne, mam nadzieję, że dla korektorów też. I korektor idzie za tymi ujednoliceniami redaktora, dlatego jest ważne, żeby oni się ze sobą porozumiewali albo żeby korektor miał jakieś wytyczne, żeby nie zaczął zmieniać się na swoją modłę teraz nagle. Plus korektor patrzy na tekst pod kątem takim wizualnym, bo on jest pierwszą osobą, która widzi go po składzie. Więc patrzy na wszystkie błędy składu, na to czy nie ma sierot, jakichś pojedynczych liter na końcu wersu, czy jest dobry podział wyrazów.

Czy są odpowiednie wyróżnienia. Jeżeli mamy ramki niebieskie, to czy wszystkie są niebieskie, czy jedna nie jest czerwona. I czy to jest celowe, czy niecelowe i czy mamy to zmienić. Czy gdzieś tam się coś z paginami nie wysypało, z okładkami i tak dalej. Bardzo często tylko korektor widzi też okładkę. Na etapie redakcji okładki często nie ma, nie ma opisu na okładkę i tak dalej.

Marta: Ustaliłyśmy, że zdecydowanie warto współpracować z profesjonalistą w tym zakresie. No ale jak sprawdzić kompetencje takiego korektora, redaktora? Chciałabym swój tekst oddać komuś pod opiekę i czym powinnam się kierować jak dostanę kilka ofert. Pod jakim kątem je rozpatrywać? No bo umówmy się nie tylko pod kątem cenowym, bo to jest jakieś kryterium, ale nie powinno być to kryterium jedyne i główne. Jak totalny laik w temacie powinien patrzeć na oferty korekty, redakcji, składu, które dostaje.

Ewa: To jest spory problem, bo jeżeli mówisz właśnie o laiku pod kątem poprawności językowej powiedzmy, bo jest to specjalista w swojej dziedzinie i nie musi mieć kompetencji językowych, żeby napisać e-book, no to trudno ocenić jakość korekty i redakcji. Możemy tekst przeczytać i autorzy często piszą… Dlatego powiedziałam na początku, że redaguję teksty, to znaczy, że sprawiam, że teksty są lepsze, bo to jest definicja, którą dostałam kiedyś od autorki. I jest to cudowna definicja redakcji i korekty. Jak słuchaliście gdziekolwiek jakichś moich podcastów, to najprawdopodobniej to zdanie tam padło, bo ja je uwielbiam. Ja je powtarzam już od kilku lat. Autorka mi napisała, że ona bardzo dziękuje za redakcję i nie wie co tutaj się wydarzyło, ale ten tekst jest taki sam, ale jakby lepszy.

I to jest to, co jest w stanie powiedzieć osoba, która nie ma kompetencji językowych, nie wie co tam w warstwie językowej się wydarzyło, ale chodzi o to, żeby mieć ten taki… Jest lepiej. Lepiej mi się to czyta. Chcę to czytać dalej. To jest już pierwszy sygnał. Ale właśnie, co my mamy… musimy zobaczyć w fragment tej redakcji. Więc to jest pierwsza rzecz. Redaktor powinien zaproponować wykonanie próbki tekstu albo nie wzbraniać się przed tym. Tylko uwaga, próbka tekstu to nie jest jedna dziesiąta czy cały rozdział. To są dwie strony maksymalnie. I to w zupełności wystarczy, żeby zobaczyć czy faktycznie lepiej się czyta, jakie pytania zadał redaktor na marginesie, jak do tego tekstu podszedł, czy spojrzał też na formatowanie, czy dopracował ten tekst pod kątem właśnie jakichś tam podwójnych spacji, wyróżnień jakichś tam innych rzeczy, czy on ładniej wygląda i czy lepiej się czyta. Nie wykona redaktor więcej niż jednej, dwóch stron próbki, bo to jest najczęściej praca darmowa, taka żeby właśnie pokazać swoje kompetencje. No i kompletnie mu się to nie opłaca, mówiąc wprost. Więc nie oczekujmy tego, że redaktor nam zrobi cały rozdział i my dopiero wtedy zdecydujemy, czy będziemy z nim dalej współpracować. Ale próbka tak, to jest bardzo ważna rzecz. Można oczywiście podpisać wcześniej umowę o poufności, jeżeli ktoś chce i tak dalej.

Warto przesłać autorowi cały tekst. Bardzo często jest tak, że my nad pierwszym rozdziałem pracujemy, szlifujemy go, on jest dopracowany. Na tej podstawie redaktorzy, bo dostają pierwszy rozdział, robią wycenę, a potem zaczyna się jazda i dalej jest taki kosmos, że ten redaktor bidny siedzi i zastanawia się, jak powiedzieć autorowi, że cena jednak wzrośnie, bo dalej jest kupa roboty. Więc fajnie, żeby ten tekst w całości przysłać. Redaktor też będzie miał wtedy świadomość, że ten tekst jest już skończony, bo lepiej pracuje się nad całym tekstem. Często to autorzy pytają, czy mogą wysyłać po kawałku, bo oni się wtedy zmobilizują do pisania. I niektórzy redaktorzy się na to godzą i decydują, ale to nie jest dobre dla tego tekstu. Najlepiej, żeby redaktor usiadł na raz i przeczytał ten tekst, nie przeplatał go z innymi tekstami. Bo zapomni o pewnych ujednoliceniach, o pewnych powtórzeniach, które się tam mogą gdzieś zdarzyć. Jeżeli ktoś o czymś wspomniał w pierwszym rozdziale i o tym samym mówi tak jakby mówił o tym po raz pierwszy w rozdziale dziesiątym, a my ten rozdział dziesiąty czytamy nie za trzy dni, tylko za trzy tygodnie, bo on się jeszcze pisał, no to nie wyłapie tego redaktor. Więc dla dobra tekstu lepiej, żeby to było. Więc tak próbka, ewentualnie umowa o poufności. I jeszcze dwa elementy, co redaktor tłumaczy – czym jest redakcja, czym jest korekta, to wszystko o czym mówiłam w czasie tego naszego spotkania. Redaktor powinien to opisać w ofercie. Jakie będą koszty, jaki będzie szacunkowy czas, kiedy on może się podjąć tej współpracy.

Uwaga, nie zakładamy, że redaktor jutro zacznie czytać nasz tekst, bo jak ktoś pracuje profesjonalnie najprawdopodobniej ma na miesiąc albo dwa do przodu zabukowane redakcje i korekty. Bo to jest nasza praca, więc nie możemy sobie pozwolić na to, że jutro już nie mamy nad czym pracować. Więc wcześniej warto się zwracać do redaktorów. No i jakie pytania nam zadaje. A powinien zapytać o to, w jakich formatach będzie tekst wydany, czy to będzie druk, czy to będzie EPUB, czy to będzie MOBI, czy to będzie tylko PDF. Ze względów tych, o których mówiłyśmy wcześniej. Czy będzie na przykład ten tekst publikowany też gdzieś tam online. To też jest istotne.

Jacy są odbiorcy tego tekstu? Czy to będą profesjonaliści, czy to będą laicy. Jeżeli to jest tekst skierowany do dzieci, to w jakim wieku są te dzieci? Czy to będą osoby polskojęzyczne, czy na przykład obcokrajowcy, którzy się uczą polskiego albo coś tam. Wszystko zależy oczywiście od tematyki. O takie rzeczy też powinien pytać redaktor, bo on potem na tej podstawie będzie analizował ten tekst. Może uznać, że jakiś przypis się tutaj przyda. Na przykład robimy e-book o cukrzycy dla osób, które dopiero dowiedziały się, że mają diagnozę i dla ich rodzin. No to trzeba wszystko tłumaczyć, bo te osoby nie będą wiedziały co to jest glikemia i tak dalej, i tak dalej. Te wszystkie skróty jak będziemy wprowadzać, to musimy to wszystko porozwijać. Dlatego redaktor musi wiedzieć do kogo ten tekst jest skierowany. Jeżeli zada takie pytanie, to znaczy, że rzeczywiście zna się na swojej pracy. W ogóle cały ten proces wstępnych ustaleń nie powinien być jak najdłuższy, ale powinien być pogłębiony. Bo wtedy rzeczywiście wiadomo, że redaktor profesjonalnie do tego podchodzi. Ewentualnie fajnie jest w mailu, jeżeli sami autorzy zwracają się do redaktorów z prośbą o ofertę, wypisać już te rzeczy, taką strukturę, do kogo się kierujemy. Jak tworzymy e-book, Ty Marta o tym uczysz, to my musimy to wiedzieć, do kogo piszemy i te wszystkie rozkminy, które robiliśmy sobie zanim zaczęliśmy pisać e-book, powinniśmy przekazać redaktorowi.

Marta: Tutaj dużo padło takich dobrych praktyk, które w ogóle warto stosować i to w obie strony. A na poziomie oferty, jak ja dopiero dostaję, szukam tej osoby, czy warto zwracać uwagę na takie elementy jak wykształcenie tego korektora, redaktora, czy on ma studia skończone filologiczne, czy on ma kurs taki, czy on ma kurs siaki? Czy może to nie jest takie istotne, ale bardziej istotne będzie na przykład doświadczenie i powinniśmy go poprosić, może nawet nie tyle o referencje, chociaż to też pewnie byłoby spoko, ale o wskazanie rzeczy, nad którymi on pracował. Albo może czy powinniśmy szukać specjalisty, w tym sensie, że są redaktorzy, którzy na przykład bardziej się specjalizują w technicznych rzeczach, takich nazwijmy to internetowych, a są tacy, którzy dużo pracują z tekstami psychologicznymi. Co ma na tym poziomie znaczenie jeszcze zanim ja zdecyduję, że w ogóle wejdę w ten kontakt i spróbujemy zacząć tą współpracę.

Ewa: To są istotne sprawy. Bardzo często autorzy zadają mi pytania czy pracowałam nad tekstami, na przykład właśnie literatura dziecięca. Czy pracowałam już nad takimi tekstami. Dostałam kiedyś zlecenie na redakcję przepisów kulinarnych, głównie dlatego, że prowadzę bloga kulinarnego. I dla autora to było a dobra, no to wiesz o co chodzi.

Już nam nieistotne kwestie językowe, trudno, ale wiesz o co chodzi. I rzeczywiście to ma znaczenie, bo ja wiem w jaki sposób pisze się przepisy, w jaki sposób się z nich korzysta. Jeżeli ktoś kompletnie nie gotuje, to będzie mu siłą rzeczy trudniej taki tekst zrobić i redaktor też powinien uczciwie do tego podejść. Nie każdy redaktor podejmie się redakcji każdego tekstu, przynajmniej nie powinien, jeżeli kompletnie nie czuje się w tym temacie mocny. Ostatnio miałam prośbę o redakcję tekstów związanych z hodowlą koni i był tam redaktor merytoryczny, ale wydawnictwo zaznaczyło wyraźnie, to akurat było z ramienia wydawnictwa, że fajnie by było, żeby redaktor miał cokolwiek wspólnego z końmi, żeby wyłapał jakieś tam niuanse.

Ja się nie podjęłam tej redakcji, bo ja bałam się wsiąść na konia. Chciałabym jeździć, ale to jest… Moja córka jeździła na koniach przez trzy miesiące. To jest mój jedyny kontakt. Więc tak, warto pytać o takie inne doświadczenia. Ale jeżeli chodzi o wykształcenie to ja jestem po edytorstwie i komunikacji medialnej, po pięciu latach, a korekty uczyłam się sama poza studiami. Studia trochę się zmieniają. Trochę się zmienia w tym zakresie i trochę lepiej przygotowują do zawodu. Moje studia to była głównie historia literatury. No i gramatyka historyczna, wiadomo, scs-y, takie rzeczy. Powiedzmy sobie szczerze, nie za bardzo mi pomaga scs w redagowaniu e-booków, które będą publikowane np. gdzieś tam w internecie.

Marta: Znam, znam. Powiedzmy jeszcze, że scs to jest starocerkiewno-słowiański, bo nie wszyscy będą wiedzieć.

Ewa: Tak, tak, bo my tu takim slangiem jedziemy tym polonistycznym. Tak, język starocerkiewno-słowiański, nasz praprzodek. Czy ja wiem, że nie mówi się piesa, tylko psa, dlatego że tam jer wypadł, to nie ma żadnego znaczenia pod kątem wykonywania redakcji i korekty. Więc same studia w moim odczuciu do zawodu nie przygotowują, jeżeli ktoś nie bierze spraw w swoje ręce, nie uczy się też poza tym i nie zdobywa doświadczenia.

Gdybym miała jako autorka pytać redaktorów, prosić redaktorów o jakieś potwierdzenie swoich kompetencji poza tą próbką, to prosiłabym bardziej o portfolio.

Ale też nie warto się zamykać na to, że jeżeli autor nigdy nie robił poradnika o komunikacji w internecie, jakichś tam social mediach, to źle zrobi mój tekst. Bo zadaniem redaktora językowego nie jest też do końca merytoryka. A redaktor językowy poradzi sobie z większością tekstów, bo ma internet i ma Google i on będzie googlował większość rzeczy. Ja robiłam teksty prawnicze, medyczne, z przeróżnych dziedzin, biologia, takie, których nie znosiłam w szkole. Mam internet, jestem w stanie to wygooglować, jestem przeciętnie inteligentnym człowiekiem, rozumiem słowo pisane i potrafię zauważyć, że coś jest nie tak, a nie jest moją rolą poprawianie tego tekstu merytorycznie, więc jak coś zauważę to po prostu dodaję komentarz.

Ale oczywiście jest to zawsze na plus, jeżeli redaktor zna się na tej dziedzinie. Tu jeszcze właśnie zawijamy do tych studiów. To jest jak z dziennikarzami. Mówi się, że najlepszy dziennikarz to jest ten, który nie jest po studiach dziennikarskich, tylko ma inne wykształcenie. I dokładnie tak samo jest z korektorami. Jak korektor ma jakieś hobby, ma inne studia. U mnie na kursie dla korektorów są osoby tak różne… Ja czasami zastanawiam się co was sprowadziło na tę ścieżkę? Osoby, które zajmują się trychologią, gastronomią, makijażem… no po prostu przeróżne rzeczy. I teraz wyobraź sobie, że jest makijażystka, która pracowała w zawodzie przez 10 lat i robi e-book o stylizacji paznokci. No przecież genialnie go zrobi. Zrobi go dużo lepiej niż ja, bo kwestii językowych nauczyła się tego na kursie, zdobyła doświadczenie, a ma jeszcze takie swoje doświadczenie z praktyki.

Marta: Tak, cały taki background. No właśnie, czyli dobry korektor, redaktor wcale nie musi być polonistą. Jeszcze mam do ciebie takie pytanie, pytanie o pieniądze. Bo to zawsze się gdzieś tam pojawia. Od czego zależy koszt współpracy z korektorem, redaktorem w trakcie całego tego procesu? W jaki sposób zazwyczaj robi się wycenę, na co patrzymy? No i jeżeli jest tak, że ja dostaję na przykład trzy oferty i one różnią się między sobą, nie wiem, o dwa tysiące złotych, czy tam o trzy tysiące złotych powiedzmy w całości, z czego to może wynikać?

Ewa: Tak duże różnice najczęściej wynikają z… zawiesiłam się, bo nie chciałam powiedzieć z kompetencji redaktorów, ale bardziej chodzi mi o pewność siebie redaktorów. Bardzo często wynikają z niepewności siebie redaktorów, którzy po prostu nie wyceniają się dostatecznie albo faktycznie są dopiero na początku drogi. Bo jak każdy zawód freelancerski wymaga on zdobycia doświadczenia, żeby stawki poszły w górę. Po prostu. I jak zaczynamy w zawodzie to nasze stawki są niższe. Ale zaczniemy od tego jaka jest jednostka rozliczeniowa. Podstawowa jednostka rozliczeniowa to są znaki ze spacjami. Także jak piszemy do redaktorów to nie mówimy ile słów ma nasz tekst, bo i to jest słowo i Konstantynpolitańczykowianeczka to też jest słowo, a mają zdecydowanie różną liczbę znaków.

A redaktor czyta literka po literce i czyta wszystkie spacje, bo musi zwrócić uwagę na to, żeby nie było podwójnych, na pisownię łączną, rozłączną i tak dalej. Więc my patrzymy na znaki ze spacjami i w Wordzie, i w dokumentach google’owych, i w Pages da się to w statystykach znaleźć. Albo po prostu wysyłamy redaktorowi tekst i on sobie sam to sprawdzi. Tylko wtedy dobrze, żeby tekst nie był w PDF-ie, bo da się też to sprawdzić, ale jest to trudniejsze i będzie troszkę mniej dokładne.

Więc podajemy liczbę znaków ze spacjami. I można się rozliczyć albo za stronę albo za arkusz wydawniczy. Strona to jest 1800 znaków ze spacjami. To jest trochę mniej niż obejmuje strona w Wordzie zapisana ciurkiem. A arkusz wydawniczy to jest 40 tysięcy znaków ze spacjami. Przeciętnej długości 300-stronicowa książka ma około 10 arkuszy. To tak mniej więcej możemy sobie wyobrazić tę wielkość. Jeżeli mamy e-book krótki, taki powiedzmy do trzech arkuszy, czyli do tych 30 tysięcy znaków, niektórzy liczą do pięciu, to redaktor będzie się rozliczał za stronę. Jak wszędzie, im dłużej tym taniej, po prostu jak bierzemy coś hurtowo, to jest to tańsze. Z wyjątkiem gastronomii, przepraszam, będzie dygresja osobista. Wczoraj się zastanawialiśmy przez pół wieczoru, dlaczego dolicza się serwis, jeżeli przy stoliku siedzi więcej osób. Jak zawsze hurt jest tańszy. Kompletnie tego nie rozumiem. Przepraszam za tę dygresję, oburzyło mnie to wczoraj, bo ja mam czwórkę dzieci, więc nam wszędzie doliczają ostatnio. Jest strasznie. Mam ochotę czasem usiąść przy dwóch stolikach i wtedy dopiero będzie więcej roboty, a nie doliczą 10%. Dobrze, wróćmy do znaków ze spacjami.

Jeżeli e-book jest krótki to redaktor będzie się rozliczał ze stronę, czyli podzieli liczbę znaków na 1800 i pomnoży przez stawkę, a jeżeli będzie miał te 3, 5 i więcej arkuszy, to policzy za arkusz. I jakie są teraz stawki. Podawać widełki? Bo to jest bardzo różne…

Marta: Tak, jeżeli możesz to jak najbardziej, pewnie.

Ewa: To ja podam takie jakie powinny być, żebyście nie byli zaskoczeni. Bo oczywiście że redaktorzy mogą podać dużo niższe. Stawki za redakcję powinny się zaczynać od 200 złotych netto za arkusz albo 20 zł za stronę. Tak mniej więcej. Możecie się spotkać ze stawkami nawet 250 zł i 300 zł i 350 zł albo 25 zł i 30 zł. Wszystko zależy od tego, co ma ten redaktor zrobić. Jeżeli on będzie też zarządzał całym tym procesem wydawniczym, to oczywiście, że albo sobie za to zarządzanie doliczy dodatkowo albo właśnie zwiększy stawkę za znaki. A korekta to jest zwykle 60-70% ceny kwoty redakcji. Tak mniej więcej to wygląda. Od czego to zależy? No raz to długość tekstu, bo to wpływa na to, czy rozliczamy się za arkusz, czy za stronę. I jakość tekstu oczywiście. Bo redaktor nie zmniejszy bardzo kwoty, jak tekst będzie naprawdę bardzo dobry, no bo i tak musi go uważnie przeczytać, to i tak zajmie mu czas. Ale zwiększy ją, jak będzie – nie chcę powiedzieć bardzo zły – ale językowo jak będzie tam dużo do roboty, jak będzie rzeczywiście dużo rzeczy jeszcze takich do dopracowania przez autora. Bo im więcej komentarzy na marginesie, tym dłużej potem trwa rewizja tego tekstu. Autor odpisuje na te komentarze, redaktor te wszystkie komentarze czyta. Jak komentarze były dwa, to przeczyta to w trzy minuty, a jak komentarze było trzydzieści, no to będzie chwilę nad tym siedział, jeszcze czyta potem te uzupełnienia. Siłą rzeczy to po prostu zajmuje więcej czasu, a czas kosztuje.

Więc jakość, długość tekstu, poziom skomplikowania tekstu, jeżeli będą przepisy, bibliografia, grafiki… Każdą pozycję bibliograficzną, redaktor wklepie w katalogi, sprawdzi, ujednolici i to też zajmuje czas. No i czas na wykonanie zlecenia. Jak przyjdziemy i powiemy, że chcemy to mieć za dwa tygodnie, czy za tydzień, to jak się redaktor podejmie, no to policzy to jak działanie na cito. A jeżeli ma spokojnie dwa miesiące, no to wtedy po prostu nie będzie zwiększał swoich stawek. Ważne jest jeszcze to, czy to jest współpraca stała czy jednorazowa. Bardzo często w wydawnictwach czy przy jakichś stałych współpracach, na przykład na stronę internetową, albo artykułami na stronę, czy newsletterem, bo newslettery też wiele osób oddaje do korekty, czy jakimiś kursami, które są stale nadbudowane, czy przy podcastach, na przykład przy redakcji transkrypcji. Jeżeli to jest stała współpraca, to te stawki są siłą rzeczy niższe, no bo obniża to sam ten fakt, że współpracujemy na stałe.

Marta: A z twojego doświadczenia jak to wygląda – ile czasu należy sobie zabezpieczyć od tego momentu, gdy mam gotowy tekst, ja jako autorka, do chwili publikacji. I ja wiem, że tu jedyna słuszna odpowiedź na to pytanie to jest to zależy, ale jakbyśmy mogły jakieś widełki wskazać, żeby taki przyszły autor wiedział, czy mówimy tutaj o dniach, tygodniach, czy on się na lata musi szykować.

Ewa: Lata nie, dni nie, tygodnie nie, bardziej miesiące. Zaznaczyłam sobie kwartał, ale rzeczywiście to zależy. Nawet mam przy sobie taki kubek od moich kursantów, po jednej stronie jest napisane kawa czy herbata, a po drugiej jest napisane to zależy. To zależy, to jest dobra odpowiedź. Ale ja bym założyła tak bezpiecznie kwartał. To jest i dużo i mało. Jak się wyrobimy wcześniej to super. E-book taki do 3 arkuszy, no nie powinno to dłużej trwać. Jeżeli faktycznie tekst jest już gotowy i dopracowany. Redakcja to jest takie dwa tygodnie minimum, ale później jeszcze tekst wraca do autora, autor przegląda ten tekst, jak chce go w całości dokładnie przeczytać, to to też potrwa. Potem to jeszcze idzie raz do redaktora, redaktor sprawdza odpowiedzi autorskie i dopiero wtedy tekst jest gotowy, no albo do drugiego czytania, czyli do korekty, albo do składu.

Skład też chwilę trwa, jak jest skomplikowany, ramki, rameczki, jakieś tam fiubiździuki, no to też będzie to dłużej trwało. I potem jeszcze korekta. No i jeszcze pytanie, czy redaktor rzeczywiście tak od kopa będzie mógł się tym zająć? Raczej nie. Więc trzeba wcześniej się na ten na ten deadline umawiać. Bardzo trudno jest autorom podać takie widełki czasowe, dlatego ja często pytam o to, kiedy chcą wydać swój e-book, o ten ostateczny punkt i rozpisuję to wstecz. Te wszystkie punkty, żeby autor już wiedział mniej więcej, gdzie jakie ramy czasowe są potrzebne.

Pracuję teraz z dziewczynami z kursu nad takim e-bookiem charytatywnym z artykułami do rodziców, którzy usłyszeli diagnozę o autyzmie w stosunku do swoich dzieci. I to jest trudna sprawa, bo tam jest trzydzieści artykułów, ale zaczęliśmy pracę w grudniu i chcemy to wydać na Dzień Autyzmu, który jest 2 kwietnia. I… jest to trudna sytuacja, bo jest trzydziestu autorów, więc trudno o weryfikację. Jak jest jeden autor, to poszłoby pewnie szybciej. Ale mimo, że pracujemy w naprawdę dużym zespole, to wyrobimy się, podejrzewam, na styk. Czyli ten kwartał to jest taki naprawdę bezpieczny czas.

Marta: Tutaj jeszcze trzeba wziąć pod uwagę to, o czym już wspomniałaś trochę wcześniej, czyli czas pracy nad tekstem, czyli ile to zajmie właśnie redaktorowi, to jest jedna rzecz, ale zarezerwowanie tego terminu to jest inna rzecz. Bo jeżeli umówimy się z kimś, że piszę e-booka, on będzie gotowy za, nie wiem, dwa, trzy tygodnie, klep mi u siebie pierwszy wolny termin, to jest inaczej, niż jak my dopiero zaczynamy się rozglądać za tym korektorem w momencie kiedy skończyliśmy. No i nagle się okazuje, że dostajemy odpowiedź: no pierwsza możliwa opcja to jest za miesiąc, za półtora miesiąca, za trzy tygodnie. Także tutaj jak piszecie i planujecie to…

Ewa: To jest i tak bardzo bezpiecznie. Takie moje pierwsze terminy teraz to są na czerwiec. A nagrywamy 4 marca.

Marta: O, no więc właśnie. Tutaj moja taka uwaga dla was, żebyście sobie to uwzględnili właśnie już w tym swoim planie. Czyli jak planujecie premierę e-booka, to jeszcze trzeba wcześniej właśnie podopinać te wszystkie rzeczy, żeby ten e-book po prostu mógł być gotowy i zarezerwować sobie te terminy. Tak już przechodząc powoli do końca, trochę wychodząc z tych takich bardziej technicznych rzeczy, to cię chętnie zapytam o twoje zdanie na ten temat. Czy to faktycznie tak jest, że dzisiaj każdy może wydać e-booka? Czyli wystarczy, że on ma pomysł i napisze ten tekst albo może nawet zleci go czatowi GPT do napisania.

Ewa: Nie polecam.

Marta: Nie, ale dobra, wyjdźmy już może z tego faktycznie, z tej sztucznej inteligencji, bo tutaj jeszcze byśmy o tym pewnie mogły gadać kolejną godzinę, ale jak ty to czujesz? Czy to tak jest, że w tej właśnie działce poradnikowo-wiedzowej każdy dzisiaj może i właściwie może powinien tego swojego e-booka wydać i wpuścić, i napisać?

Ewa: Wiesz co, zastanawiałam się nad tym długo. Zastanawiam się nad tym od dłuższego czasu i pod kątem e-booków poradnikowych, i pod kątem beletrystyki – to jest jeszcze bardziej drażliwy temat, czy każdy może napisać książkę. I mówi się, niektórzy mówią, każdy może, nie każdy powinien. A ja sobie myślę, dlaczego nie powinien? Kim my jesteśmy, żeby mówić ludziom, którzy mają w głowie jakąś historię, żeby nie przelewali jej na papier? Ludzie zawsze, od kiedy mieszkali w jaskiniach i siadali przy ognisku, opowiadali historie. Przez bardzo długi czas dostęp do tego, żeby wydrukować swój tekst był utrudniony, bo technologia na to nie pozwalała, bo naprawdę był to trudny i skomplikowany proces. W tym momencie jest to naprawdę dostępne dla każdego. Wydanie e-booka może się wydać skomplikowane po tym, co tutaj mówiliśmy, ale jeżeli go jeszcze nie drukujemy to

to tak, znam osoby, które w ciągu miesiąca wyrobiły się z napisaniem i z wydaniem swojego krótkiego, treściwego, poradnikowego e-booka. I kim ja jestem, żeby im mówić, że nie mogą tego robić? Oczywiście, że mogą. Tak jak każdy może szkolić. Kiedyś słyszałam takie słowa: Kiedy możesz pójść i szkolić w internecie? Kiedy wiesz 2% więcej niż osoby, które szkolisz, to możesz im już powiedzieć o tych 2%. Jeżeli masz coś do przekazania, to na pewno znajdzie się ktoś, dla kogo to będzie odkrywcze. Więc napisz, przekaż. Trudniejsza będzie sprzedaż tego e-booka, ale to już na szczęście nie jest moja działka. Tutaj już Marta ty działasz po tej stronie mocy. Ale napisać naprawdę może każdy.

Tylko warto rzeczywiście zdać się na pomoc profesjonalisty i wcale nie mówię tego tylko dlatego, że jestem redaktorką, korektorką i chcę napędzić pracę, koniunkturę redaktorom, korektorom. Ja naprawdę święcie wierzę, że to jest potrzebne. Ja jestem po edytorstwie, jestem czynna w zawodzie od kilkunastu lat, a moje e-booki szkoleniowe też przeszły zewnętrzną redakcję i korektę. Więc to jest naprawdę, naprawdę istotne. Ale podjąć się tego może każdy, kto czuje, że ma coś do przekazania.

Marta: Myślę, że to jest bardzo fajna konkluzja na zakończenie naszej rozmowy. Jeżeli masz w głowie pomysł na e-booka, to zacznij go realizować z tą myślą, że jak już coś robić, to robić to porządnie, ale nie ma się co blokować, że to jest tylko dla wybranych, jakiejś maleńkiej garstki. Mamy możliwości, więc warto z nich korzystać.

Dziękuję ci bardzo Ewa za przyjęcie tego zaproszenia i za tę rozmowę. Bardzo dużo konkretów. Myślę, że jak ktoś się zastanawia, jak to ugryźć, jak się za to zabrać, to będzie już mu dużo łatwiej i dużo jaśniej. Bardzo ci dziękuję.

Ewa: Dziękuję, trzymam kciuki za wszystkie e-booki, które będą się tworzyć.

 

 

Podobne wpisy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *